Zadzwoń Strona internetowa Kontakt: firmę

AlphaOne AlphaOne powstała jako profesjonalna odpowiedź na aktualne i coraz częściej występujące zagrożenia.

📚 Środa z wiedzą  #29Szeroka IV-ile w niej objętości, ile ciśnienia?Przykładasz głowicę i widzisz szeroką IVC, która pra...
07/10/2026

📚 Środa z wiedzą #29
Szeroka IV-ile w niej objętości, ile ciśnienia?

Przykładasz głowicę i widzisz szeroką IVC, która prawie nie zmienia średnicy podczas oddychania. Łatwo połączyć taki obraz z dużą objętością krwi krążącej albo przewodnieniem. Tyle że na średnicę IVC wpływa nie tylko objętość.

W kolejnym odcinku Środy z wiedzą Cezary Czwal bierze na warsztat właśnie ten problem: od prawidłowego obrazowania IVC, przez fizjologię, po wpływ oddychania, wentylacji dodatnim ciśnieniem, prawego serca i ciśnienia w jamie brzusznej na obraz, który widzimy w USG.

📚Szeroka IVC - ile w niej objętości, ile ciśnienia?

Żyła główna dolna jest stosunkowo łatwa do znalezienia w USG. Możemy ocenić jej średnicę, zobaczyć, jak zmienia się podczas oddychania, i wykorzystać te informacje w ocenie hemodynamiki pacjenta. Trudniejsza jest interpretacja tego obrazu.

Szeroka, mało zmienna podczas oddychania IVC bywa kojarzona z dużą objętością krwi krążącej albo wręcz z przewodnieniem. Mała i wyraźnie zapadająca się żyła prowadzi czasem do przeciwnego wniosku. Średnica IVC rzeczywiście ma związek z objętością krwi, ale wpływają na nią także ciśnienia wewnątrz naczynia i w jego otoczeniu.

W echokardiografii średnica IVC i jej zmiana podczas oddychania służą przede wszystkim jako jeden z elementów szacowania ciśnienia w prawym przedsionku. U spontanicznie oddychającego dorosłego średnica nieprzekraczająca 2,1 cm, zmniejszająca się podczas krótkiego wdechu („sniff”) o co najmniej 50%, przemawia za prawidłowym ciśnieniem w prawym przedsionku. Poszerzona IVC z niewielką zmianą średnicy podczas wdechu sugeruje ciśnienie podwyższone. [1,13] Nie jest to bezpośredni pomiar objętości krwi krążącej.

Jak ocenić IVC

IVC najlepiej oceniać u pacjenta leżącego na plecach. Zmiana pozycji wpływa na rozkład krwi w układzie żylnym, a przez to również na średnicę żyły. [1,11] Przy badaniach seryjnych dobrze zachować podobną pozycję pacjenta i zwrócić uwagę, czy pomiędzy pomiarami nie zmienił się sposób oddychania.

Do badania możemy wykorzystać głowicę sektorową albo konweksową. Przykładamy ją pod wyrostkiem mieczykowatym i szukamy IVC w osi długiej, śledząc jej przebieg do prawego przedsionka. Pomocnym punktem orientacyjnym są uchodzące do niej żyły wątrobowe. Bezpośrednie połączenie z prawym przedsionkiem pozwala też odróżnić IVC od położonej głębiej aorty.

Średnicę oceniamy w podprzeponowym odcinku IVC. Zalecenia ASE z 2025 r. wskazują pomiar na końcu wydechu, 0,5–3 cm od ujścia IVC do prawego przedsionka, poniżej ujścia żył wątrobowych. Naczynie uwidaczniamy w osi długiej, a jego średnicę mierzymy prostopadle do przebiegu żyły. [13] W badaniach stosowano również inne punkty pomiarowe, a miejsce pomiaru wpływa na obserwowaną zmianę średnicy podczas oddychania. [12] Przy kolejnych ocenach dobrze zachować ten sam odcinek naczynia.

W obrazie podłużnym należy kontrolować, czy płaszczyzna przechodzi przez środek naczynia. Przy skośnym lub obwodowym przecięciu otrzymany wymiar może nie odpowiadać rzeczywistej średnicy. Ruch żyły poza płaszczyznę obrazowania może też udawać zmianę średnicy podczas oddychania. [13] Warto obserwować żyłę przez kilka cykli oddechowych zamiast opierać ocenę na pojedynczym wdechu.

Co zmienia średnicę IVC

IVC jest podatnym naczyniem żylnym. Na jej ścianę działa ciśnienie krwi od wewnątrz oraz ciśnienie otaczających ją tkanek od zewnątrz. Różnica między nimi to ciśnienie transmuralne.

Odcinek IVC oglądany w USG znajduje się w jamie brzusznej i po przejściu przez przeponę uchodzi do prawego przedsionka. Jego zachowanie zależy od ciśnienia w prawym przedsionku, ciśnienia w jamie brzusznej oraz zmian ciśnienia w klatce piersiowej podczas oddychania. [2,3]

Przepływ krwi wymaga różnicy ciśnień. Jeśli ciśnienie w prawym przedsionku wzrasta, a pozostałe warunki się nie zmieniają, powrót krwi z układu żylnego maleje. [3,4]

Podczas spontanicznego wdechu ciśnienie w klatce piersiowej spada. Przepona przesuwa się jednocześnie w dół, zwiększając ciśnienie w jamie brzusznej. Zmienia to gradient ciśnienia w kierunku prawego przedsionka oraz nacisk na brzuszny odcinek IVC. Średnica żyły może się zmniejszać. [2,3,14]

Znaczenie ma też siła wdechu. Przy ciężkiej duszności pacjent może wytwarzać znacznie bardziej ujemne ciśnienie w klatce piersiowej niż podczas spokojnego oddychania, a IVC może mocniej zapadać się podczas wdechu. Dotyczy to między innymi sytuacji z dużym wysiłkiem oddechowym, również w zaostrzeniach chorób obturacyjnych. [2,14] Podobna zmiana średnicy IVC u pacjenta spokojnie oddychającego i chorego z dużym wysiłkiem oddechowym może więc wynikać z innych warunków hemodynamicznych.

Wentylacja dodatnim ciśnieniem

U pacjenta bez własnego wysiłku oddechowego respirator zwiększa podczas wdechu ciśnienie w drogach oddechowych. Część tego ciśnienia przenosi się na ciśnienie opłucnowe i znajdujące się w klatce piersiowej struktury, w tym prawy przedsionek. [4]

Wzrost ciśnienia w prawym przedsionku utrudnia powrót krwi z układu żylnego. PEEP utrzymuje dodatnie ciśnienie w drogach oddechowych również pod koniec wydechu, przez co może dalej wpływać na powrót żylny i średnicę IVC. [4]

PEEP ustawionego na respiratorze nie da się bezpośrednio przeliczyć na wzrost ciśnienia w prawym przedsionku. To, jaka część ciśnienia z dróg oddechowych zostanie przeniesiona na ciśnienie opłucnowe, zależy między innymi od podatności płuc i ściany klatki piersiowej. Ten sam PEEP u dwóch pacjentów może wywołać inny efekt hemodynamiczny. [4]

Jeżeli pacjent sam inicjuje oddechy, dochodzi jeszcze jego własna praca oddechowa. Wysiłek wdechowy obniża ciśnienie opłucnowe, a respirator jednocześnie wspomaga wdech dodatnim ciśnieniem w drogach oddechowych. Na zachowanie IVC wpływają oba mechanizmy. W badaniu fizjologicznym opublikowanym w 2026 r., obejmującym 60 pacjentów OIT w trakcie odłączania od wentylacji, zapadanie IVC podczas oddechów wyzwalanych przez pacjenta było częste, szczególnie przy mniejszym wsparciu i PEEP, a jego wielkość wiązała się z wysiłkiem oddechowym. [5]

IVC oceniona przed intubacją i ponownie po rozpoczęciu wentylacji oraz zastosowaniu PEEP może wyglądać inaczej mimo braku istotnej zmiany objętości krwi. Są to badania wykonane w innych warunkach fizjologicznych.

U pacjentów wentylowanych dodatnim ciśnieniem zmian średnicy IVC podczas oddychania nie wykorzystuje się do szacowania ciśnienia w prawym przedsionku według tych samych zasad co u pacjentów oddychających spontanicznie. [1,13]

Ciśnienie po stronie prawego serca

Inną przyczyną szerokiej IVC jest wzrost ciśnienia w prawym przedsionku związany z niewydolnością prawego serca.

W nadciśnieniu płucnym prawa komora wyrzuca krew przeciwko zwiększonemu oporowi w krążeniu płucnym. Dopóki radzi sobie z tym obciążeniem, samo nadciśnienie płucne nie musi powodować wysokiego ciśnienia w prawym przedsionku ani poszerzenia IVC. Przy pogarszającej się funkcji prawej komory ciśnienie po prawej stronie serca może wzrastać i pojawia się zastój w układzie żylnym. [6]

IVC może być wtedy poszerzona i tylko nieznacznie zmieniać średnicę podczas oddychania. Przyczyny wysokiego ciśnienia nie da się jednak ustalić na podstawie samej żyły.

W ocenie pomagają wielkość prawego przedsionka i prawej komory, funkcja prawej komory oraz zachowanie przegrody międzykomorowej. Te informacje pomagają ocenić, z czego wynika poszerzenie IVC. [6]

Tamponada

W tamponadzie ciśnienie w prawym przedsionku rośnie z innego powodu. Narastające ciśnienie w worku osierdziowym utrudnia napełnianie jam serca w rozkurczu, a ciśnienie w prawym przedsionku i układzie żylnym wzrasta. [7]

IVC jest wtedy często poszerzona i słabo zmienia średnicę podczas oddychania. To znalezisko jest czułe, ale mało swoiste dla tamponady, ponieważ podobny obraz występuje także w innych stanach z wysokim ciśnieniem w prawym przedsionku. [7,8]

Jeżeli jednocześnie widzimy płyn w worku osierdziowym, zapadanie prawego przedsionka podczas skurczu lub prawej komory we wczesnym rozkurczu, poszerzona IVC staje się częścią szerszego obrazu zaburzonego napełniania serca. Jego znaczenie zależy jeszcze od stanu klinicznego pacjenta. [7]

Ciśnienie śródbrzuszne

Na IVC działa także ciśnienie w jamie brzusznej. Kiedy ono rośnie, zwiększa się nacisk na ścianę żyły od zewnątrz. W konsensusie WSACS nadciśnienie śródbrzuszne definiuje się jako utrzymujące się lub powtarzające ciśnienie śródbrzuszne co najmniej 12 mmHg. [9]

IVC nie musi się wtedy poszerzać. W badaniu z 2025 r. wraz ze wzrostem ciśnienia śródbrzusznego zmniejszały się jej wymiary, a trafność szacowania ośrodkowego ciśnienia żylnego na podstawie IVC pogarszała się. [10]

Możliwe jest więc jednoczesne wysokie ciśnienie w prawym przedsionku i ucisk IVC z zewnątrz przez zwiększone ciśnienie w jamie brzusznej. Sama średnica żyły jest wtedy trudna do interpretacji.

Interpretacja IVC

IVC nie mierzy wolemii. Jej obraz zależy między innymi od objętości krwi, ciśnienia w prawym przedsionku, sposobu oddychania, wentylacji dodatnim ciśnieniem i ciśnienia w jamie brzusznej.

Szeroka IVC u spontanicznie oddychającego pacjenta może sugerować wysokie ciśnienie w prawym przedsionku, ale nie wyjaśnia jego przyczyny. Interpretacja wymaga uwzględnienia sposobu oddychania pacjenta, warunków wentylacji, obrazu prawego serca i sytuacji klinicznej.

📚ŚRODA Z WIEDZĄ  #28Kilkudziesięciu ludzi w terenie nie oznacza jeszcze kilkudziesięciu dobrze wykorzystanych ludzi.W du...
30/09/2026

📚ŚRODA Z WIEDZĄ #28
Kilkudziesięciu ludzi w terenie nie oznacza jeszcze kilkudziesięciu dobrze wykorzystanych ludzi.
W dużej akcji poszukiwawczej łatwo ulec przekonaniu, że im więcej osób ruszy w teren, tym lepiej. Tymczasem prawdziwe wyzwanie zaczyna się wcześniej: trzeba zdecydować, gdzie szukać, kogo tam wysłać, jak podzielić teren i jakie zadanie postawić przed każdym zespołem. Bo duża liczba ludzi jest ogromnym zasobem. Pod warunkiem, że potrafimy zamienić ją w wiele małych, dobrze zaplanowanych i możliwych do kontrolowania działań.

I właśnie o tym jest dzisiejsza „Środa z wiedzą”.
„Duża akcja, małe zespoły. O wykorzystaniu dużych sił w poszukiwaniach terenowych”

O planowaniu, nawigacji, sektorach, szybkich trójkach, tyralierze i o tym, dlaczego czasem kilka minut poświęconych na przygotowanie dobrego zadania może znaczyć więcej niż natychmiastowe wysłanie kolejnych osób w teren. Autorem #28 „Środy z wiedzą” jest Cezary Czwal, instruktor AlphaOne.

Zapraszamy do lektury.
⬇️⬇️⬇️

Duża akcja, małe zespoły
O wykorzystaniu dużych sił w poszukiwaniach terenowych
Jedne z pierwszych większych poszukiwań, które pamiętam z początku mojego działania w Poszukiwawczym Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym, prowadziła Policja. Duża liczba policjantów przeszukiwała teren w tyralierze. Samo przejście trwało długo, a kilka dodatkowych osób było potrzebnych właściwie tylko do koordynowania kolejnych fragmentów linii.
Ludzie szli różnym tempem, zmieniały się odstępy, pojawiały się przeszkody. Im większa była formacja, tym trudniej było kontrolować nie tylko jej kierunek, ale przede wszystkim jakość przeszukania. Na ćwiczeniach jeszcze kilkukrotnie wracaliśmy do podobnych układów. Efekt był zbliżony: potrzebni byli dodatkowi ludzie pilnujący ludzi.
W POPR, odkąd działam, podstawową metodą była przede wszystkim szybka trójka. Korzystaliśmy też z innych sposobów pracy, między innymi z liścia, do którego obecnie częściej wracamy przy planowaniu opartym na LPB i danych Grampian. Tyraliera była raczej kolejnym narzędziem do poznania niż metodą, wokół której budowaliśmy poszukiwania.
Z czasem coraz bardziej przekonywało mnie inne podejście: dużą akcję najlepiej budować z wielu małych, sterowalnych elementów.
Nie dlatego, że duża liczba ludzi jest czymś złym. Wręcz przeciwnie. Kilkudziesięciu czy stu dodatkowych policjantów może radykalnie zwiększyć możliwości całej akcji. Trzeba tylko najpierw zamienić tę liczbę w konkretne zadania.
Najpierw trzeba wiedzieć, gdzie i po co wysyłamy ludzi
Robert Koester zaczyna omawianie wykorzystania danych o zachowaniu osób zaginionych od wywiadu i podstawowych danych planistycznych. Dopiero kiedy wiemy, kogo szukamy, gdzie osoba była ostatnio, co robiła i do jakiej kategorii zachowania możemy ją rozsądnie przypisać, statystyki i profile zaczynają pomagać w rozmieszczaniu zasobów.
To dość istotna zmiana perspektywy. Las nie jest jednorodną powierzchnią, którą trzeba po prostu kolejno zamalować na mapie.
Mamy drogi, szlaki, cieki, zabudowania, miejsca docelowe, charakterystyczne obiekty i punkty, w których człowiek mógł podjąć błędną decyzję. Koester opisuje tzw. punkty decyzyjne: rozwidlenia, niewyraźne skręty, ścieżki albo zmiany terenu, w których osoba mogła obrać niewłaściwy kierunek, czasem nawet bez świadomej decyzji. Doświadczony planista może część takich miejsc zauważyć już podczas analizy mapy.
Jeżeli mamy podstawy, żeby podejrzewać właśnie taki przebieg zdarzenia, sensowniejsze może być szybkie sprawdzenie kilku punktów i prowadzących od nich korytarzy niż rozpoczęcie dokładnego przeszukiwania dużej powierzchni.
Podobnie różnicujemy działania zależnie od osoby. Turysta, który stracił orientację, osoba z demencją, człowiek po urazie czy osoba w kryzysie psychicznym nie tworzą jednego profilu operacyjnego. Różnić może się ich mobilność, responsywność, potencjalne miejsca docelowe i
sposób korzystania z terenu. Dane nie mówią nam, gdzie znajduje się konkretny człowiek. Pomagają określić, które hipotezy i miejsca warto sprawdzić wcześniej.
Trzeba też znać ograniczenia takich modeli. Koester zwraca uwagę, że międzynarodowa statystyka nie zastąpi lokalnej historii zdarzeń, analizy terenu ani wiedzy o miejscach, w których ludzie regularnie popełniają te same błędy. W praktyce w Polsce korzystamy z doświadczeń i danych rozwijanych m.in. w USA, Wielkiej Brytanii, Australii czy Nowej Zelandii i dokładamy do tego znajomość własnego terenu oraz własnych akcji.
Coraz więcej może też wnieść praca informacyjna. Rozmowa z rodziną, social media, informacje z urządzeń czy dane dotyczące ostatniej znanej aktywności potrafią zmienić kierunek działań znacznie szybciej niż kolejna grupa wysłana do losowego sektora. Dobre poszukiwania nie odbywają się wyłącznie w lesie.
Szybka trójka rzeczywiście najlepiej działa jako trójka
Grupa Podhalańska GOPR opracowała szybką trójkę jako metodę opartą na trzyosobowych zespołach. Taki skład daje łatwą komunikację, możliwość dostosowania trasy już podczas zadania i podobne warunki pracy dla wszystkich członków zespołu. Jednym z ograniczeń wskazywanych przez samą Grupę jest dostępność odpowiednio przygotowanych osób prowadzących nawigację.
Z mojego doświadczenia właśnie trzy osoby są składem najbardziej naturalnym.
Zwiększenie zespołu do czterech czy pięciu osób zwykle nie wynika z chęci poprawienia tej metody. Jest kompromisem narzuconym przez sytuację: liczbę dostępnych nawigatorów, bezpieczeństwo, potrzebę określonych kompetencji albo po prostu liczbę ludzi, których trzeba sensownie wykorzystać.
Każda kolejna osoba zwiększa obciążenie lidera. Nawigator nadal musi prowadzić po terenie i kontrolować granice zadania, ale równocześnie obserwuje zespół, utrzymuje łączność, reaguje na przeszkody i pilnuje, czy sposób przeszukania nadal odpowiada temu, co ustalono na odprawie. Przy trzech osobach komunikat przechodzi właściwie natychmiast. Przy kilkunastu zaczynamy już zarządzać strukturą.
Ma znaczenie również to, kto wchodzi w skład zespołu. Ludzie, którzy regularnie ze sobą działają, znają swoje możliwości i sposób komunikacji. Przy zespole utworzonym podczas akcji trzeba to zbudować od początku: ustalić, kto nawiguje, kto odpowiada za łączność, jakie mamy kompetencje medyczne i kto ma doświadczenie potrzebne przy danym rodzaju zaginięcia.
Dlatego obecnie szkolimy nawigatorów POPR także z myślą o prowadzeniu zespołów mieszanych.
Nawigator nie musi zabierać ze sobą kolejnych ratowników POPR. Może prowadzić zespół złożony również z policjantów. Policjant wnosi własne kompetencje, uprawnienia i możliwości działania, co ma znaczenie także dla bezpieczeństwa zespołu. Nawigator odpowiada za tę część pracy, do której został przygotowany. Dzięki temu ograniczona liczba doświadczonych osób może pozwolić znacznie szerzej wykorzystać duże siły Policji.
To nie jest zresztą pomysł oderwany od polskiej praktyki. Nieetatowa grupa poszukiwawcza KPP w Nowym Targu, współpracująca z Grupą Podhalańską GOPR, opisywała pracę właśnie w szybkich trójkach zamiast tradycyjnej dużej tyraliery.
Gdy ludzi przybywa szybciej niż zadań
W większych działaniach Policja, w tym oddziały prewencji, może zapewnić bardzo duży zasób osobowy. I ten zasób jest potrzebny.
Problem pojawia się wtedy, kiedy kilkudziesięciu kolejnych ludzi jest już na miejscu, a przygotowanie sensownych zadań trwa wolniej niż ich przyjazd.
Trzeba podzielić teren, wybrać granice sektorów, dobrać metodę, przygotować dane nawigacyjne, dobrać liderów, odprawić zespoły, ustalić łączność i prowadzić ewidencję. Później ktoś musi jeszcze odebrać wynik zadania i zdecydować, co z niego wynika.
Tego etapu nie da się dowolnie skrócić.
Presja jest zrozumiała: ludzie już czekają, sytuacja jest pilna, więc naturalnie chcemy jak najszybciej wszystkich wysłać. W praktyce łatwo wtedy przygotować jedno duże zadanie tylko dlatego, że pozwala ono natychmiast zagospodarować dużą liczbę osób.
Tymczasem wcześniejsze zespoły mogą już działać, a kolejne zadania powstawać równolegle. Część ludzi przez kilka czy kilkanaście minut pozostanie w gotowości. Nie jest to zmarnowany zasób, jeśli w tym czasie przygotowujemy zadanie, które pozwoli rzeczywiście wykorzystać ich możliwości.
Obowiązujące od sierpnia 2025 roku policyjne zasady dla poszukiwań poziomu I mówią o natychmiastowym działaniu z użyciem adekwatnych sił i środków. Nie wskazują jednej terenowej metody, którą należałoby zastosować.
„Adekwatne” dobrze oddaje problem. W jednej sytuacji potrzebna będzie trójka i pies. W innej kilkanaście zespołów oraz duże siły Policji. Czasem właściwa będzie też duża grupa prowadząca bardzo dokładne przeszukanie konkretnego miejsca.
W przypadku PSP i OSP układ wygląda trochę inaczej. PSP działa w ramach własnych zadań, zasad dysponowania i organizacji działań ratowniczych, więc proste porównywanie liczby policjantów i strażaków na miejscu prowadzi donikąd. Z mojego doświadczenia większy zasób strażaków częściej pojawiał się na terenach wiejskich dzięki lokalnym OSP. Nie wynika to z mniejszego zainteresowania PSP poszukiwaniami, tylko z innego miejsca obu formacji w całym systemie.
Dla planisty pozostaje to jednak tym samym problemem: jakie kompetencje mamy do dyspozycji i jak zamienić je w sensowne zadania.
Sektor musi działać również poza ekranem
Podział terenu na sektory wygląda łatwo, dopóki robimy go na mapie.
W praktyce dobra granica powinna być możliwie łatwa do odnalezienia również dla zespołu: droga, wyraźny ciek, linia energetyczna, charakterystyczny element terenu. To, że na ortofotomapie widzimy ładną przecinkę, nie oznacza jeszcze, że człowiek będzie ją widział w lesie. Mogła zarosnąć albo wyglądać zupełnie inaczej niż na ekranie.
Podobny problem pojawia się przy ocenie wykonanego zadania.
Zdarzało się, że sam ślad GPS nie pozwalał dobrze zrozumieć, co wydarzyło się w sektorze. Dopiero po rozmowie z zespołem i naniesieniu markerów wychodziło, że był tam młodnik, ogrodzenie albo
fragment, do którego nie można było wejść. Sam zapis pozycji nie odpowiada na pytanie, co człowiek faktycznie widział i czego nie udało się sprawdzić.
Dlatego „sektor przeszukany” nie powinien być informacją binarną.
Zespół, który szybko sprawdził drogę i jej bezpośrednie otoczenie, mógł bardzo dobrze wykonać swoje zadanie. Nie oznacza to jednak, że wykluczył obecność człowieka sto metrów dalej. Podobnie dokładne przeszukanie konkretnego młodnika niewiele mówi o sąsiednim sektorze.
W teorii poszukiwań opisuje to między innymi POD, czyli prawdopodobieństwo wykrycia osoby pod warunkiem, że rzeczywiście znajdowała się w sprawdzanym miejscu. Nie trzeba rozpoczynać pracy od obliczeń. Wystarczy przyjąć, że wynik negatywny ma wartość dopiero wtedy, gdy znamy warunki i sposób wykonania zadania.
Stąd znaczenie debriefingu. Co zespół rzeczywiście sprawdził? Gdzie nie wszedł? Co ograniczało obserwację? Czy znalazł ślady? Czy teren odpowiadał temu, czego spodziewaliśmy się z mapy?
Dopiero z takiej informacji można przygotować następne zadanie.
Tyraliera nadal jest narzędziem
Z tego tekstu nie wynika, że należy z niej zrezygnować.
Jeżeli mamy stosunkowo niewielki i dobrze uzasadniony obszar wymagający bardzo dokładnego przeszukania, linia poszukujących może być właściwą metodą. Podobnie przy poszukiwaniu określonych śladów czy przedmiotów. Problem pojawia się wtedy, gdy wybieramy ją dlatego, że akurat mamy dużo ludzi.
W dużej akcji możliwości daje właśnie liczba. Możemy równocześnie uruchomić wiele sektorów, patrole na drogach, szybkie zespoły na prawdopodobnych trasach, psy, drony, działania informacyjne i zespoły przeznaczone do bardziej dokładnego przeszukania.
Żeby z tej liczby skorzystać, potrzebujemy jednak planistów, nawigatorów i liderów, którzy potrafią podzielić ją na elementy możliwe do kontrolowania.
Doświadczonego planisty czy lidera nie da się zastąpić skończoną liczbą policjantów albo strażaków. Można natomiast dać tym policjantom i strażakom dobre zadania. I właśnie wtedy duża liczba ludzi staje się największą przewagą całej akcji.

26/09/2026

W czwartek zostawiliśmy pacjenta w naszym prowizorycznym „szpitalu” w Górach Bystrzyckich.

Potem trzeba było ruszyć dalej.

Noc.
Nysa.
Pontony.
Zimno.

Koryto rzeki po zmroku potrafi być naprawdę mroczne.

Mało światła.
Mało miejsca.
Przenikliwe zimno.
Sprzęt.
Zmęczony zespół.

I pacjent, za którego nadal odpowiadaliśmy.

Wyjście z chatki nie kończyło zadania.

Trzeba było przygotować pacjenta do transportu, zabezpieczyć go, przenieść i dalej prowadzić opiekę.

Na wodzie.
W ciemności.
W zimnie.
Po wielu godzinach działania.

Bo w Prolonged Field Care zmienia się miejsce.

Nie zmienia się odpowiedzialność.

Pontony nie były atrakcją szkolenia.
Nie były też efektownym finałem do zdjęć.

Były kolejnym etapem zadania. Kolejnym problemem do rozwiązania. Kolejną sytuacją, w której pacjent nadal pozostawał pod naszą opieką.

Za możliwość przeprowadzenia tego etapu szkolenia dziękujemy firmie SKI-RAFT za udostępnienie pontonów.

I tak domykamy naszą historię PFC.

7 dni.
90 godzin.
Góry Bystrzyckie.
Opuszczona chatka.
Noc.
Zimno.
Nysa.
Pontony.

Wszyscy przeżyli.
Uczestnicy również.

A jeśli z tych trzech publikacji ma zostać jedna myśl, to właśnie ta:

w PFC nie chodzi o to, jak długo potrafisz wytrzymać w trudnych warunkach. chodzi o to, czy przez cały ten czas potrafisz nadal dobrze opiekować się pacjentem.

24/09/2026

We wtorek zostawiliśmy Was z pytaniem: co dalej, jeśli pomoc nie nadchodzi?
No właśnie.

Pomoc nie nadeszła.
Pacjent nadal był z nami.

TO BYŁ NASZ SZPITAL.
Środek Gór Bystrzyckich.
Las.
Stara, rozpadająca się chatka.

Bez zaplecza.
Bez wygody.
Bez gotowych warunków do pracy.

Nie mogliśmy czekać, aż pojawią się lepsze warunki. Trzeba było wykorzystać to, co było, i przystosować miejsce do dalszej opieki nad pacjentem.
Zorganizować przestrzeń.
Rozmieścić sprzęt.
Kontrolować zasoby.
Monitorować.
Leczyć.
Dokumentować.

I cały czas myśleć nie tylko o tym, czego pacjent potrzebował w tej chwili, ale również o tym, czego może potrzebować za godzinę. Za kilka godzin. Później.

Bo właśnie tutaj PFC pokazuje swoją prawdziwą trudność. Nie wtedy, kiedy trzeba wykonać jedną procedurę. Tylko wtedy, kiedy trzeba prowadzić pacjenta dalej, mimo że warunki wcale tego nie ułatwiają.

Ta chatka nie była scenografią do mocnych zdjęć. Na kilka godzin naprawdę stała się naszym szpitalem. Potem trzeba było ruszyć z pacjentem dalej? Ale wyjście z chatki nie oznaczało końca zadania.
To nie był koniec. Pacjent nadal był z nami.

W sobotę finał.

⚠️ UWAGA: Poniższe zdjęcia przedstawiają pozorację medyczną. Wszystkie widoczne urazy i krew są elementem profesjonalnej charakteryzacji przygotowanej na potrzeby ćwiczeń ratowniczych. Podczas szkolenia nikt nie ucierpiał. Ich celem jest jak najwierniejsze oddanie realiów pracy ratowników.

📚Środa z wiedzą  # 27„Ktoś niech zadzwoni pod 112”i… ciszaDlaczego tak się zdarza? I co zrobić, żeby w sytuacji zagrożen...
23/09/2026

📚Środa z wiedzą # 27

„Ktoś niech zadzwoni pod 112”i… cisza
Dlaczego tak się zdarza? I co zrobić, żeby w sytuacji zagrożenia zadanie rzeczywiście zostało wykonane?

O tym w 27 odcinku naszego cyklu pisze Kamil Stanek instruktor AlphaOne.

Bo w ratowaniu życia liczy się nie tylko reakcja, ale też właściwie wydane polecenie i upewnienie się, że zostało wykonane.
⬇️⬇️⬇️
„Niech ktoś zadzwoni pod 112!” i nagle wszyscy odwracają wzrok - czyli „efekt widza” w
praktyce.
„Niech ktoś zadzwoni pod 112!” – to zdanie słyszał chyba każdy z nas. Problem w tym, że w
praktyce ratowniczej hasło „niech ktoś” najczęściej oznacza… nikogo.
Kiedy na miejscu zdarzenia zbiera się tłum to, niestety, zdecydowanie zbyt często, zamiast reakcji
jaką powinno być natychmiastowe podjęcie działania, rozpoczyna się festiwal niepewnych
spojrzeń, a w powietrzu unosi się cicha nadzieja, że inicjatywę przejmie osoba stojąca obok.
Łatwo wtedy pomyśleć - „Co za znieczulica! Zero reakcji!”. Tyle, że dowody z zakresu
neurobiologii i psychologii pokazują inne spojrzenie na taką sytuację; a mowa tu o zjawisku, które
nosi nazwę „efekt widza” (ang. bystander effect).
Efekt widza czyli mechanizm w którym ludzki mózg, w obecności innych osób, płata
neurologicznego figla, wprowadzając człowieka w stan bierności.
Dlaczego tak się dzieje? Jak reaguje wtedy ludzki umysł/mózg? I w końcu najważniejsze - jak
przełamać się w takiej sytuacji?
Rozłóżmy ten temat na czynniki pierwsze.
Co dzieje się w głowie, gdy wszyscy patrzą na siebie?
Zanim przejdziemy do tego, jak mózg reaguje pod wpływem stresu na poziomie biologicznym,
zobaczmy, co dzieje się w świadomości świadka zdarzenia na poziomie społecznym. Wszystko
zaczęło się w 1964 roku w Nowym Jorku. 28-letnia Catherine „Kitty” Genovese została brutalnie
zaatakowana pod własnym domem. Medialny nagłówek w „The New York Times” wstrząsnął
Światem: „38 świadków patrzyło na morderstwo i nikt nie zadzwonił na policję”. Choć po latach
okazało się, że dziennikarze znacząco wyolbrzymili skalę bierności sąsiadów, historia Kitty zmusiła
naukowców do zadania kluczowego pytania: dlaczego obecność innych ludzi zamiast pomagać –
paraliżuje? Tak narodziło się pojęcie efektu widza. Gdy dochodzi do wypadku/ stresującego
zdarzenia wymagającego natychmiastowego działania, w głowie świadka uruchamiają się trzy
mechanizmy poznawcze (Latané & Darley, 1968):
• Rozproszenie odpowiedzialności (diffusion of responsibility) - czyli - im więcej ludzi
wokół, tym mniejsze poczucie, że „to ja muszę coś zrobić”. Ciężar decyzji dzieli się przez
liczbę obecnych. Jeśli na miejscu jest 20 osób, każdy podświadomie czuje, że odpowiada
tylko w 5%, zakładając, że inicjatywę przejmie ktoś inny.
• Dowód społeczny/ sytuacyjna ignorancja (pluralistic ignorance) - nagłe wypadki(?)
bywają niejednoznaczne - czy ten człowiek na ławce zasłabł? A może po prostu śpi? Nie!
Na pewno jest pijany! - nikt nie chce wyjść na panikarza. Widząc, że wszyscy wokół stoją
spokojnie, nasz mózg wyciąga błędny wniosek: „Skoro nikt nie reaguje, to na pewno nic
wielkiego się nie stało”.
• Obawa przed oceną (evaluation apprehension) - to lęk przed kompromitacją,
popełnieniem błędu na oczach tłumu albo wywołaniem niepotrzebnego zamieszania.
Paraliżuje nas myśl, że zaczniemy działać nieporadnie lub nieudolnie.
Co się dzieje z ciałem, gdy widzi zagrożenie? Czyli odruch zamrożenia.
Na pierwszy rzut oka bierność świadków wygląda po prostu jak obojętność. Badania naukowe z
wykorzystaniem funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI) pokazują jednak coś znacznie
ciekawszego: bierność świadka bywa często biologią (Hortensius & de Gelder, 2014, 2018).
Co dokładnie dzieje się w naszej głowie, gdy widząc nagłe zdarzenie, stoimy w grupie ludzi?
1. Włącza się reakcja freeze (zamrożenie): Układ limbiczny (szczególnie ciało migdałowate)
rejestruje nagłe zagrożenie i wywołuje silny skok dyskomfortu psychicznego (personal
distress). Zamiast od razu ruszyć do akcji, organizm odruchowo zastyga – dokładnie tak
samo, jak zwierzę próbujące wtopić się w tło przed drapieżnikiem.
2. Cichną obszary odpowiedzialne za ruch: Naukowcy zaobserwowali, że im większy tłum
nas otacza, tym bardziej spada aktywność w korze ruchowej oraz przyśrodkowej korze
przedczołowej. Mówiąc prosto: obecność innych ludzi dosłownie „blokuje impulsy
nerwowe” odpowiedzialne za wykonanie pierwszego kroku.
3. Czynnik Paraliżujący: „A co, jeśli mu zaszkodzę?” Do tego biologicznego hamulca
dochodzi jeszcze jeden, absolutnie kluczowe elementy: brak poczucia własnej
skuteczności (self-efficacy) oraz lęk przed wyrządzeniem szkody. Świadek nagle staje
przed dylematem: „Co jeśli przy uciskaniu klatki piersiowej połamię mu żebra?”, „Co jeśli
uszkodzę kręgosłup?”, „A co, jeśli zrobię coś źle i odpowiem za to prawnie?”. Ten lęk
potrafi całkowicie zablokować nawet osoby, które kiedyś odbyły podstawowy kurs
pierwszej pomocy.
Kiedy odruch freeze przestaje działać?
Czy efekt widza działa zawsze i bez wyjątku? Na szczęście nie. Przełomowych wniosków
dostarczyła obszerna metaanaliza 105 badań opublikowana przez zespół prof. Peter’a Fischera
(Fischer et al., 2011). Badacze dowiedli, że bierność tłumu ulega drastycznemu osłabieniu – a
czasem wręcz całkowicie znika – w trzech konkretnych sytuacjach:
• Gdy sytuacja jest drastyczna i jednoznaczna (high danger): Widok krwotoku tętniczego,
nagłe wybuchy, potrącenie pieszego czy drgawki wywołują tak silny wyrzut adrenaliny, że
dochodzi do przełamania freez. Świadkowie nie muszą się zastanawiać, czy coś się stało –
widzą konkretną sytuacje, bodziec jest czytelny.
• Gdy na miejscu jest realne, fizyczne zagrożenie: Sytuacje, w których niebezpieczeństwo
dotyczy także otoczenia (np. pożar, agresywny napastnik), zmuszają ludzi do błyskawicznej
samoorganizacji.
• Gdy udzielenie pomocy wymaga fizycznego współdziałania: Jeżeli podniesienie
ciężkiego przedmiotu czy ewakuacja z auta wymaga siły kilku osób, obecność innych
przestaje być wymówką, a staje się niezbędnym zasobem.
Jak przełamać paraliż?
Skoro wiemy już, jak działa ten mechanizm, czas na najważniejsze: jak go pokonać w praktyce?
Niezależnie od tego, czy sam stoisz w tłumie i czujesz, że „Cię zamraża”, czy chcesz poderwać do
działania innych świadków, klucz tkwi w kilku krokach. (Belsky, D. J., Domingue, B. W., [..]2023;
Scott, E. S., Ross, D. A., & Fenstermacher, E. 2021)
1. Zastosuj zasadę „Jestem tu sam”
Gdy widzisz wypadek i czujesz niepewność, zrób głęboki wdech i powiedz: „Jeśli nie ja, to nikt”.
Świadomość, że inni czują dokładnie ten sam lęk i paraliż co Ty, daje Ci ogromną przewagę. Zrób
pierwszy fizyczny krok w stronę poszkodowanego – to może przełamać neurologiczną blokadę
ruchową.
2. Zniszcz anonimowość tłumu (Rozbicie rozproszenia odpowiedzialności)
Nigdy nie krzycz w przestrzeń: „Niech ktoś zadzwoni po karetkę!” albo „Pomóżcie mi!”. Aby
wymusić działanie u siebie lub innych, musisz zindywidualizować komunikat. Wskaż konkretną
osobę: Wybierz jednego świadka i wskaż go palcem, opisując unikalną cechę: „Pan w czarnej
kurtce!”, „Pani w czerwonym płaszczu!”. Zdejmij z niego anonimowość, w tym momencie ta
jedna osoba przestaje być częścią tłumu. Poczucie odpowiedzialności natychmiast wraca do 100%.
Zadanie z wymogiem „wróć do mnie i zamelduj” powoduje, że świadek nie tylko wykona telefon,
ale nie ucieknie wzrokiem, dokończy działanie i wróci z informacją.
3. Zmniejszenie niejednoznaczności sytuacji (Pluralistic Ignorance)
Często dochodzi do stanu zamrożenia, ponieważ boimy się oceny społecznej i popełnienia błędu
(np. że weźmiemy zwykłą sprzeczkę par za napaść). To zjawisko to pluralistyczna ignorancja –
patrzymy na innych, inni patrzą na nas i wszyscy udają, że nic się nie dzieje.
Przełam to głośnym pytaniem: Podejdź i zapytaj wprost: "Przepraszam, czy pan/pani potrzebuje
pomocy?”. Wyartykułowanie problemu na głos zmusza Twój mózg oraz mózgi innych świadków
do zmiany kwalifikacji sytuacji z "niejasnej" na „kryzysową.
4. Trening oparty na pamięci mięśniowej (Survival Training)
Publikacje analizujące zachowania ofiar katastrof wskazują, że osoby najlepiej przeszkolone (np. z
pierwszej pomocy) wykazują najniższą skłonność do wchodzenia w stan freeze. Kiedy sytuacja
wywołuje panikę, myślenie logiczne zawodzi. Reagujemy wtedy automatycznie. Jeśli masz za sobą
wielokrotne ćwiczenia fizyczne (np. na fantomie, odgrywanie scenek), Twój organizm zamiast
zamrożenia uruchomi wyuczoną pamięć mięśniową.
Podsumowanie: Przekształcić gapiów w zespół
Efekt widza nie jest żadną regułą, czymś co występuje zawsze. Może być spowodowany po
prostu niewiedzą, lękiem przed oceną albo mechanizmem psycho-fizjologicznym, przez co w
kryzysowej sytuacji nasza głowa szuka wymówek i czeka na sygnał od otoczenia.
Najłatwiej pomyśleć: „mnie to nie dotyczy, ktoś inny zaraz zareaguje”. Tyle że ten „ktoś inny” stoi
obok i myśli dokładnie to samo. Zamiast więc czekać na ruch z boku albo liczyć na to, że problem
rozwiąże się sam – po prostu bądź tym który zrobi pierwszy krok.

Adres

Bystrzyca Kłodzka

Telefon

+48730668668

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy AlphaOne opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Kontakt: Firmę

Wyślij wiadomość do AlphaOne:

Skróty

Udostępnij