𝗥𝗮𝗳𝗮ł 𝗞𝘄𝗮𝗿𝗰𝗶𝗮𝗸

  • Home
  • 𝗥𝗮𝗳𝗮ł 𝗞𝘄𝗮𝗿𝗰𝗶𝗮𝗸

𝗥𝗮𝗳𝗮ł 𝗞𝘄𝗮𝗿𝗰𝗶𝗮𝗸 Budzę w ludziach emocje. Najczęściej robię to na piśmie....
Detektyw, który któregoś dnia zaczął pisać.

𝘿𝙯𝙞𝙚𝙣́ 𝘿𝙯𝙞𝙚𝙘𝙠𝙖 𝙕𝙖𝙜𝙞𝙣𝙞𝙤𝙣𝙚𝙜𝙤. 𝙃𝙞𝙨𝙩𝙤𝙧𝙞𝙖 𝙈𝙖𝙧𝙞𝙪𝙨𝙯𝙖 𝙞 𝘼𝙣𝙙𝙧𝙯𝙚𝙟𝙖 𝙋𝙖𝙡𝙖𝙨𝙞𝙠𝙤́𝙬.25 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Dziecka Zagi...
25/05/2026

𝘿𝙯𝙞𝙚𝙣́ 𝘿𝙯𝙞𝙚𝙘𝙠𝙖 𝙕𝙖𝙜𝙞𝙣𝙞𝙤𝙣𝙚𝙜𝙤. 𝙃𝙞𝙨𝙩𝙤𝙧𝙞𝙖 𝙈𝙖𝙧𝙞𝙪𝙨𝙯𝙖 𝙞 𝘼𝙣𝙙𝙧𝙯𝙚𝙟𝙖 𝙋𝙖𝙡𝙖𝙨𝙞𝙠𝙤́𝙬.

25 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Dziecka Zaginionego. To dobra okazja, aby przypomnieć o sprawach zaginięć dzieci. Takich spraw jest w Polsce kilkadziesiąt, ale teraz opowiem o sprawie zaginięcia braci Palasików. Wybrałem tę sprawę, ponieważ niektóre jej elementy przypominają mi zaginięcie Ani Jałowiczor.

Stronie Śląskie w Kotlinie Kłodzkiej. Rok 1979 - czasy głębokiego PRL-u. Na poniemieckim osiedlu mieszka i żyje skromnie rodzina Palasików: ojciec, matka i sześcioro dzieci. Tata pracuje w hucie szkła, mama zajmuje się domem i dziećmi.
29 kwietnia 1979 roku najmłodsze rodzeństwo bawi się na podwórku. O 20.00 w telewizji ma być emitowany kolejny odcinek serialu "Bonanza", na który Andrzejek i Mariuszek Palasikowie czekają niecierpliwością. Około dziewiętnastej mama woła ich siostrę — Dorotkę do domu. Dziewczynka protestuje, ale spełnia prośbę mamy. Chłopcy zostają na podwórku. Pół godziny później matka woła także ich, ale synów już nie ma.

W tym samym czasie dochodzi do pożaru huty szkła. Milicja, straż pożarna i okoliczni mieszkańcy są zaangażowani w gaszenie największego zakładu pracy w okolicy. Państwo Palasikowie zgłaszają zaginięcie, ale Milicja nie traktuje go poważnie. Rodzice słyszą, że dzieci zapewne się schowały i wrócą. Ale nie to najbardziej bulwersuje. Jeden z dzielnicowych mówi do matki wprost: "Palasikowa, u was tych dzieci szóstka! Może sprzedałaś tych dwoje, żeby było wam lżej?" Co wtedy czuła matka chłopców? Chyba nikt nie jest w stanie ogarnąć tego poziomu bezradności, kiedy w takiej chwili nie dość, że jest się oskarżanym o sprzedaż własnych pociech, to jeszcze umiera nadzieja na pomoc ze strony Milicji. Dziś nie przeszłoby to bez echa, ale wtedy czasy były zupełnie inne.

Poszukiwania nie przyniosły żadnego rezultatu. W końcu ruszyło śledztwo, które także nie odpowiedziało na wiele pytań. Był świadek, który rzekomo widział dwóch chłopców uciekających z terenu huty w trakcie pożaru. Było to mało prawdopodobne, bo pożar wybuchł, kiedy chłopcy byli jeszcze na podwórku. Poza tym, gdyby chłopcy mieli coś wspólnego z pożarem i ze strachu się ukrywali, to po jakimś czasie albo by ich znaleziono, albo sami wróciliby do domu.
Inny świadek opowiadał, że widział, jak chłopcy jedli lody z jakimś nieznajomym mężczyzną. Najciekawsze jednak były zeznania jednej z sąsiadek, która opowiadała, iż widziała, jak chłopcy wsiadają do nieznanego jej samochodu. Niestety kobieta była niepełnosprawna intelektualnie i nikt nie brał jej zeznań na poważnie. Tylko czy na pewno słusznie?

Jakiś czas przed zaginięciem mama chłopców dostała propozycję od jednej z kobiet z okolicy, która nie mogła mieć dzieci. Zaproponowała ona, że pomoże Palasikom zabierając dwóch chłopców na wychowanie. Matka chłopców stanowczo odmówiła i nawet przez chwilę nie rozważała takiej możliwości. Po zaginięciu chłopców także ta kobieta zniknęła z okolicy. Wnioski nasuwają się same, ale nigdy ta hipoteza nie znalazła potwierdzenia.

Rodzice przez wiele lat jeździli po lesie i szukali swoich synów. Oboje przypłacili to zdrowiem. Matka zmarła pięć lat po zaginięciu w wieku zaledwie 44 lat. Ojciec zmarł w 2007 roku, po dwóch wylewach. Rodzeństwo Mariusza i Andrzeja żyje do dziś. Na pytanie ile mają rodzeństwa, zawsze mówią, że jest ich sześcioro, a nie czworo. Wszyscy wierzą, że ich bracia żyją. Kilku niezależnych jasnowidzów, u których rodzice szukali pomocy powiedziało im, że chłopcy są cali i zdrowi, tylko od rodziny dzieli ich woda.

Na początku napisałem, że sprawa przypomina mi zaginięcie Ani Jałowiczor. Dzieci w wieku Ani, Śląsk i trop samochodu, do którego mieli wsiąść chłopcy.

Jeśli Andrzej i Mariusz Palasikowie żyją, mają dziś ponad 50 lat. Nawet jeśli mieszkają za granicą to czy możliwe, aby zapomnieli o pierwszych dziesięciu latach swojego życia?

𝘿𝙯𝙞𝙚𝙣́ 𝘿𝙯𝙞𝙚𝙘𝙠𝙖 𝙕𝙖𝙜𝙞𝙣𝙞𝙤𝙣𝙚𝙜𝙤. 𝙃𝙞𝙨𝙩𝙤𝙧𝙞𝙖 𝘼𝙣𝙞 𝙅𝙖ł𝙤𝙬𝙞𝙘𝙯𝙤𝙧.Obchodzimy dziś Międzynarodowy Dzień Dziecka Zaginionego. To dobry p...
25/05/2026

𝘿𝙯𝙞𝙚𝙣́ 𝘿𝙯𝙞𝙚𝙘𝙠𝙖 𝙕𝙖𝙜𝙞𝙣𝙞𝙤𝙣𝙚𝙜𝙤. 𝙃𝙞𝙨𝙩𝙤𝙧𝙞𝙖 𝘼𝙣𝙞 𝙅𝙖ł𝙤𝙬𝙞𝙘𝙯𝙤𝙧.

Obchodzimy dziś Międzynarodowy Dzień Dziecka Zaginionego. To dobry powód, aby przypomnieć o zaginionej przed laty dziewczynce z Andrychowa.

Kilka lat temu słuchałem pewnego podkastu, w którym autor nawiązywał do sprawy, którą omawiał w poprzednim. Wspominał o zaginionej dziewczynce z Andrychowa. Zdziwiłem się, bo, jako że mieszkam niedaleko, nic o sprawie nigdy nie słyszałem.
Okazało się, że zaginięcie 10 -letniej Ani Jałowiczor z Andrychowa, do którego doszło w Simoradzu w 1995 roku, nie było do tamtego momentu nagłaśniane. Nie rozumiem tego, dlaczego cała Polska wie, kim była Iwona Wieczorek, a sprawa dramatu rodziny Jałowiczor z Andrychowa nie jest znana nawet w powiecie wadowickim. Może opisując tę historię uda mi się zmienić ten stan rzeczy.

Rodzina Ani Jałowiczor mieszkała długie lata w Andrychowie na osiedlu Lenartowicza. Jej tata był taksówkarzem, a mama rysowała postaci z bajek do kreskówek. Dziewczynka miała jeszcze brata - Dominka. Mieszkali w wynajmowanym mieszkaniu i z tego powodu na początku lat dziewięćdziesiątych tata Ani wyjechał do pracy do Francji. Mama dziewczynki postanowiła dołączyć do męża i pomóc mu w zgromadzeniu środków na budowę domu. Dzieci zostały przekazane pod opiekę babci z Simoradza pod Cieszynem. Była to trudna decyzja. Dzieci były zżyte ze swoim środowiskiem, w Andrychowie miały szkołę (podstawówka nr 5) do której chodziły. Rozważano, żeby przekazać dzieci pod opiekę drugiej babci, zamieszkałej w Inwałdzie. Zrezygnowano z tego pomysłu, bo dzieci musiałyby chodzić pieszo do szkoły i nie miałyby takiej opieki jak w Simoradzu, gdzie rodzina była liczniejsza.

Nadszedł styczeń 1995 roku. W szkole w Simoradzu co roku organizowana była zabawa karnawałowa dla dzieci ze starszych klas. Tego roku dyrektor podjął decyzje, aby pozwolić także na udział w niej dzieciom z klasy czwartej, do której chodziła Ania.
Ustalono, że dziewczynka ze szkoły wyszła około godziny 20.00. Przez jakiś towarzyszył jej kolega. Gdy doszli do grobli między stawami, dzieci się rozdzieliły. Ania podziękowała z towarzystwo i powiedziała, że dalej pójdzie sama. Do domu nie doszła. Godzinę później babcia zaalarmowała policję, iż wnuczka nie powróciła do domu po zabawie. Rozpoczęły się poszukiwania. Do dziś bezskuteczne.

Policja przesłuchała mieszkańców i kolegów Ani. Niektóre zeznania były bardzo rozbieżne. Cześć dzieci mówiła, że Ania bawiła się bardzo dobrze a część, że była smutna, patrzyła w okno i pytała ciągle, która jest godzina. Sołtys wsi zeznała, że słyszała krzyk dziecka, a potem z piskiem odjeżdżający samochód. Znaleźli się także świadkowie, którzy mówili o samochodzie pod szkołą, którego kierowca miał zachęcać dzieci do poczęstowania się cukierkami. Wszystkie te zeznania należy traktować z dużą rezerwą. Dzieci mogły chcieć po prostu zwrócić uwagę dorosłych albo powtarzać to, co zasłyszały w domach. Sprawa nie schodziła z ust mieszkańców długi czas. Dziś, kiedy są już dorosłymi ludźmi, raczej nikt nie odważy przyznać się do kłamstwa.

Ruszyło śledztwo. To, co w tej sprawie rzuca na kolana najbardziej to fakt znalezienia w miejscu zaginięcia Ani zwłok kobiety. Natrafiono na nie kolejnego dnia. Policja uznała, że to przypadek, a denatka sama się utopiła w stawie. Akta prowadzonego postępowania jakiś czas potem zniszczono. Nie połączono nagłego zgonu i zaginięcia ze sobą. Okazało się, że kobieta była spokrewniona z dyrektorem szkoły, do której chodziła dziewczynka. Czy to miało jakiś związek? Są ludzie, którzy uważają, że nie było w tym przypadku, podobnie jak w tym, że dyrektor pozwolił klasie Ani na udział w zabawie.
Co więc się stało? Moim zdaniem w tej sprawie należy postawić dwie hipotezy. Pierwsza jest taka, że zaginięcia Ani było zaplanowanym uprowadzeniem, a kobieta, którą znaleziono, miała brać w nim udział. Prawdopodobnie nie była już potrzebna, dlatego zginęła. Druga hipoteza, bardziej prawdopodobna zakłada, że Ania była świadkiem zabójstwa tej kobiety i dlatego została porwana. Jeśli faktycznie sołtys wsi słyszała krzyk dziecka i odjeżdżając samochód, to mógł to być kulminacyjny moment tego zdarzenia. Ta hipoteza jest o tyle nieciekawa, że trudno zakładać, iż dziecko żyje. Prawdopodobnie sprawcy zabili je niedługo po porwaniu. Uważam, że nie ryzykowaliby jazdy z Anią zbyt długo i jej ciała należy szukać w promieniu 30 km od miejsca zaginięcia.
Policja skupiła się na sprawdzeniu rodziny Ani. Podejrzewano, że to drudzy dziadkowie mogli zabrać do siebie dziewczynkę. Śledztwo po jakimś czasie umorzono.

Kilka lat temu pojawiła się sensacyjna informacja o świadku, który po trzydziestu latach miał opowiedzieć o tym, co widział w noc zaginięcia dziewczynki. Policja po ponad pół roku sprawdziła miejsce wskazane przez mężczyznę. Znaleziono tylko kilka drobnych kosteczek. Badania wkluczyły obecność ludzkiego DNA.
Brat Ani nadal liczy na to, że sprawa kiedyś się wyjaśni. Wierzy, że będzie mu dane zapalić świeczkę na grobie siostry. W sieci założył zbiórkę i wyznaczył już 150 000 złotych nagrody, za pomoc w ustaleniu co wydarzyło się tamtego wieczora w Simoradzu.
Historię Ani przedstawiam w formie fabularnego opowiadania pod tytułem "Dalej pójdę sama" na tym profilu. Zapraszam do lektury.

𝙅𝙤𝙡𝙖 𝙯𝙣𝙞𝙠𝙣𝙚̨ł𝙖 𝙬𝙚 𝙢𝙜𝙡𝙚. 𝙅𝙚𝙟 𝙘𝙞𝙖ł𝙤 𝙬𝙮ł𝙤𝙬𝙞𝙤𝙣𝙤 𝙥𝙤𝙙 𝙒𝙖𝙬𝙚𝙡𝙚𝙢.W tej sprawie sprawiedliwość przegrała z czasem. Minęło od niej ...
24/05/2026

𝙅𝙤𝙡𝙖 𝙯𝙣𝙞𝙠𝙣𝙚̨ł𝙖 𝙬𝙚 𝙢𝙜𝙡𝙚. 𝙅𝙚𝙟 𝙘𝙞𝙖ł𝙤 𝙬𝙮ł𝙤𝙬𝙞𝙤𝙣𝙤 𝙥𝙤𝙙 𝙒𝙖𝙬𝙚𝙡𝙚𝙢.

W tej sprawie sprawiedliwość przegrała z czasem. Minęło od niej już blisko pół wieku, a sprawca nigdy nie poniósł i nie poniesie konsekwencji. Doszło do przedawnienia. Zaginięcie i jak się potem okazało zabójstwo Jolanty Żędzian z Zabawy pod Wieliczką, nigdy nie było szeroko nagłaśniane. Aby znaleźć jakiekolwiek materiały, musiałem spędzić wiele godzin w Bibliotece Wojewódzkiej w Krakowie, przeszukując gazety z tamtych czasów. Historia ta zasługuje w mojej opinii na szerszy wydźwięk, zwłaszcza że teza jakoby morderca Joli miał na sumieniu jeszcze kilka ofiar wydaje się zasadna. Tamte sprawy jeszcze się nie przedawniły i jest szansa, że może uda się wyjaśnić jak było naprawdę.



Był rok 1978. Karol Wojtyła został papieżem, a kilka miesięcy później rozpoczęła się zima stulecia. W Zabawie pod Wieliczką mieszkali Państwo Helena i Czesław Z. Mieli trzy córki. Jedną z nich była Jola.

W tym samym roku jesienią w wiosce dochodzi do pewnego incydentu. 19-letnia Irena, która była w odwiedzinach u rodziny została zaczepiona, a następnie goniona przez jakiegoś obcego mężczyznę. Zdarzenie widziały jej matka i kuzynka. Jedna z nich zaczęła krzyczeć. Irenie udało się uciec na swoje podwórko. Mężczyzna wrócił do samochodu i odjechał. Ten incydent jednak zbagatelizowano. Kilka miesięcy później okazało się, że niesłusznie.



Jola chciała wybrać się ze znajomymi na wycieczkę w okolice Bielska-Białej. Rodzice nie chcieli jej pozwolić na ten wyjazd. Bali się, że w górach w zimie coś może się jej stać. W tym samym czasie zmarł krewny rodziny. Rodzice postanowili wyjechać na pogrzeb do Białegostoku. Termin pogrzebu zbiegł się z wyjazdem i Jola nie mówiąc nic rodzicom, pojechała razem ze znajomymi. Zostawiła tylko krótki list swojej siostrze, z informacją dokąd jedzie i kiedy wróci. Jak się później okazało, dziewczyna cała i zdrowa wróciła z wycieczki. Do nieszczęścia doszło, kiedy wracała do domu, właściwie była tuż obok niego, przy tej samej drodze, kiedy dwa miesiące wcześniej ktoś ścigał Irenę.



Rodzice Joli z powodu awarii samochodu wrócili dzień później, niż planowali. Kiedy usłyszeli od drugiej córki, że Joli nie ma w domu, mocno się zdenerwowali. Z listu jasno wynikało, że miała w planach wrócić poprzedniego dnia. Ojciec dziewczyny udał się na posterunek, żeby zgłosić zaginięcie. Milicja Obywatelska nie przejęła się zbytnio sprawą. Funkcjonariusze przekonywali ojca, że widocznie wyjazd się przedłużył, a córka jest młoda, może zaszalała i niedługo wróci. Ojciec postanowił szukać dziewczyny na własną rękę. Zaczął od przepytania kompanów z wycieczki. Ustalił bardzo niepokojące fakty. Jola wraz z koleżankami wysiadła na stacji w Wieliczce. Wraz z jedną koleżanką dotarła do karczmy znajdującej się przy obecnej drodze K94. Tam dziewczyny się pożegnały. Koleżanka udała się do swojego domu. Jola miała przejść wąską i nieoświetloną drogą około trzech kilometrów. Koleżanka odprowadzała ją jeszcze chwile wzrokiem. Po jakimś czasie Jola zniknęła we mgle. Nigdy więcej nikt jej żywej nie widział. Poza mordercą.



Dla lokalnej społeczności zniknięcie siedemnastolatki było szokiem. Od razu skojarzono próbę porwania Ireny z tym, co spotkało Jolę. Jeden z mieszkańców przypomniał sobie, że tego samego wieczoru zobaczył przez okno światła samochodu i usłyszał warkot silnika. W tamtych czasach nie było aż tyle samochodów co dziś. Mężczyzna był kierowcą i rozpoznał charakterystyczny dla wartburga lub syreny odgłos. We wskazanym miejscu ojciec Joli znalazł ślady opon. Ewidentnie jakiś samochód musiał tam stać. Milicja nie podjęła tego tropu.



Sprawę opisał dziennikarz Andrzej Warzecha w Dzienniku Polskim. To fragment tego artykułu zamieściłem na zdjęciu, a całość wrzucę w przypiętym komentarzu. Kilka dni po publikacji do naczelnej tego pisma przyszło dwóch milicjantów, którzy zakazali dalszego opisywania tej sprawy. Twierdzili, że to może utrudnić im dochodzenie.



30 listopada 1978 roku w Krakowie w zakolu Wisły pod Wawelem znaleziono ciało młodej kobiety. Ojciec Joli rozpoznał swoją córkę. Wisła w Krakowie płynie z zachodu na wschód. Ciało Joli nie mogło zostać wrzucone do rzeki w okolicach Wieliczki. Patomorfolog ustalił, że zwłoki przepłynęły w wodzie około czterdziestu kilometrów.



Tata dziewczyny jak się dziś okazuje, okłamał rodzinę. Przekazał, że Jola została znaleziona w ubraniu i nie została zgwałcona. Dziewczyna miała na głowie ranę po uderzeniu, co pozwoliło mu zasugerować żonie i córkom, że mogło dojść do wypadku, a kierowca w panice wyrzucił ciało dziewczyny do Wisły. Prawda była jednak inna. Ciało Joli było nagie, a dziewczyna została wcześniej zgwałcona. Przyczyną zgonu było utonięcie. W chwili kiedy morderca wrzucał ją do wody, dziewczyna jeszcze żyła. Nie wiadomo, co jeszcze zataił ojciec. Pan Czesław już nie żyje.



W latach 1992 - 2001 w województwie łódzkim doszło do szeregu morderstw młodych dziewczyn. Sposób działania sprawcy był identyczny z przypadkiem Joli. Dziewczyny znikały przy drogach. Ofiary były nagie, wcześniej zostały zgwałcone. W tych wypadkach przyczynami zgonów było uduszenie, a ciała trafiały do rzeki już po śmierci. Zamordowane kobiety miały od 16 do 31 lat. Czy Jola była tzw. ofiarą zero? Seryjni mordercy po pierwszym zabójstwie pozostają w uśpieniu. Trwa ono kilka lat. Być może tak było i w tym wypadku.

𝙕𝙖𝙗𝙞ł 𝙘𝙞𝙚̨𝙯̇𝙖𝙧𝙣𝙖̨ 𝙙𝙯𝙞𝙚𝙬𝙘𝙯𝙮𝙣𝙚̨. 𝙋𝙤 𝟭𝟲 𝙡𝙖𝙩𝙖𝙘𝙝 𝙨́𝙬𝙞𝙖𝙙𝙚𝙠 𝙥𝙧𝙯𝙚𝙧𝙬𝙖ł𝙖 𝙢𝙞𝙡𝙘𝙯𝙚𝙣𝙞𝙚.Klucze — mała miejscowość pod Olkuszem. 16 list...
21/05/2026

𝙕𝙖𝙗𝙞ł 𝙘𝙞𝙚̨𝙯̇𝙖𝙧𝙣𝙖̨ 𝙙𝙯𝙞𝙚𝙬𝙘𝙯𝙮𝙣𝙚̨. 𝙋𝙤 𝟭𝟲 𝙡𝙖𝙩𝙖𝙘𝙝 𝙨́𝙬𝙞𝙖𝙙𝙚𝙠 𝙥𝙧𝙯𝙚𝙧𝙬𝙖ł𝙖 𝙢𝙞𝙡𝙘𝙯𝙚𝙣𝙞𝙚.

Klucze — mała miejscowość pod Olkuszem.

16 listopada 1991 roku, sobota. Marianna i Janusz Miszczyńscy wychodzą na imieniny. W mieszkaniu zostaje ich dziewiętnastoletnia córka - Ilona.

Około godziny 22.00 Krystyna W. i Wacława L. dwie staruszki z tej samej miejscowości wyszły poszukać kluczy, jakie jedna z nich zgubiła. Podczas poszukiwań kobiety zauważyły, jak na osiedle podjeżdżają dwa samochody. Z pierwszego, zielonego, wysiada młody mężczyzna o blond włosach. Drugi samochód prowadzi mężczyzna, którego Krystyna W dobrze zna. Przez kilka lat była woźną w szkole, do której ten chłopak chodził. Kobiety na własne oczy widzą, jak mężczyźni wyciągają z bagażnika czerwonego samochodu ludzkie zwłoki. Chwile potem wrzucają je do studzienki kanalizacyjnej. Staruszki są śmiertelnie przerażone. Obawiają się o własne życie. Wacława L. ma dzieci, o które bardzo się boi. To, co widziała, zabiera ze sobą do grobu.

Jej koleżanka Krystyna W. będzie milczeć przez blisko 20 lat, ale do tego jeszcze powrócimy.

Kiedy Miszczyńscy wracają do domu, nie zastają córki. Rozpoczynają się poszukiwania. Janusz Miszczyński był szefem straży przemysłowej. Dwa dni po zaginięciu na własne oczy widział, jak policjanci wyciągają zwłoki jego córki ze studzienki kanalizacyjnej.

Zaczęło się śledztwo. Śladów nie było. Fekalia, w których ciało spędziło dwa dni, zniszczyły wszystko, co mogłoby doprowadzić do zabójcy. Z powodu opadów deszczu w dniu zabójstwa o śladach opon czy butów z okolic znalezienia zwłok śledczy mogli zapomnieć. Sekcja zwłok wykazała, że dziewczyna została dotkliwie pobita i uduszona szalikiem. Odkryto także, iż denatka była w czwartym miesiącu ciąży.

Jedną z pierwszych osób przesłuchiwanych w tej sprawie był Adam, chłopak Ilony. Znali się od dziecka. Chłopak był przystojny i nie miał problemu z nawiązywaniem relacji z kobietami. Jak się później okazało, nie był wierny Ilonie. Widywano go z innymi dziewczynami. Kilka razy zrywali ze sobą, po czym wracali do siebie. Adam był wówczas już studentem i mieszkał na Śląsku. Cały czas utrzymywał, że nie wie, co stało się z Iloną. W chwili jej śmierci był już z inną kobietą. Przeprowadzono badanie wariografem, które wykazało, że chłopak ma związek z zabójstwem dziewczyny, ale to było za mało. W maju 1992 roku śledztwo w sprawie zabójstwa dziewczyny zostało umorzone.

Adam na dobre osiadł na Śląsku. Poznał tam Alicję Cesarz, córkę prawnika i wysoko postawionej urzędniczki. W 2000 roku para wzięła ślub. Zamieszkali w odziedziczonym przez Alicję mieszkaniu. Adam był człowiekiem bardzo chytrym i bogata żona była spełnieniem jego marzeń. Dzięki protekcji teściów dostał pracę w Urzędzie Miejskim w Świętochłowicach. Po siedmiu latach małżeństwa mężczyzna wdał się w romans z koleżanką z pracy, Anną W. Zdradzona żona szybko zorientowała się w sytuacji. Postanowiła rozwieść się z niewiernym mężem, co dla Adama było katastrofą. Przy podziale majątku mężczyzna miał otrzymać zaledwie siedem tysięcy złotych. Po otrzymaniu tej informacji wpadł w szał i zabił swoją byłą żonę. Jej ciało wywiózł w walizce i ukrył.

Adam był wielokrotnie przesłuchiwany w sprawie zaginięcia Alicji. Utrzymywał, że ostatni raz widział ją dwa tygodnie przed zaginięciem. Nie było podstaw do przedstawienia mu zarzutów. Adama zgubiła jednak pewność siebie. Wyznał swojej kochance Annie W. że to on zabił byłą żonę. Drugim jego błędem było to, że poniekąd zdradził się przed swoim teściem. Adam po zabójstwie dokładnie wyczyścił mieszkanie, choć nikt już w nim od rozwodu nie mieszkał. Woda była w nim zakręcona i trzeba było ją przynieść z zewnątrz. Adam tłumaczył zadanie sobie takiego trudu tym, że lubi porządek. Jego teść nie uwierzył w tę wersję i opowiedział o wszystkim policjantom.

Z konta Alicji zaczęły znikać pieniądze. To mogło świadczyć o tym, że kobieta żyje, lub ktoś po jej śmierci posługuje się jej kartą płatniczą. Podczas przeszukania mieszkania Anny W. funkcjonariusze znaleźli potwierdzenie wypłaty z bankomatu. Adam wyrwał go policjantowi i zjadł, po czym rzucił się do ucieczki. Został ujęty. Podczas aresztowania krzyczał, że nigdy nie powie, gdzie jest jego była żona. Na komisariacie wszystko odwołał, a śledczy nadal mieli tylko poszlaki. Adam po raz kolejny został zwolniony.

Anna W. źle znosiła to, co działo się wokół niej i jej kochanka. Dostała anonim z groźbą, że jeśli powie, co się stało z Alicją, to skończy jak ona. Po tym zdarzeniu poszła na policję i zeznała wszystko, co powiedział jej kochanek. Opowiedziała, że to nie było jego pierwsze zabójstwo.... Dokładnie prześledzono życiorys Adama. Tak powrócono do sprawy zabójstwa Ilony. Twarz Adama w telewizji zobaczyła Krystyna W. staruszka z Klucz. Kobieta postanowiła opowiedzieć o tym, co widziała listopadowej nocy szesnaście lat wcześniej. Jej zeznania były wiarygodne i na ich podstawie Adam Ł. został skazany.

W 2011 roku Adam Ł usłyszał wyrok 25 lat więzienia za zabójstwo byłej żony. Dwa lata później Krakowski Sąd skazał go na taką samą karę za zabójstwo Ilony. Nie otrzymał za nie dożywocia, bo w chwili zabójstwa był młody, a to uznano za okoliczność łagodzącą..

W 2018 roku Sąd Okręgowy w Krakowie skazał Adama na dożywocie. Po apelacji karę jednak ponownie złagodzono do 25 lat z powodu nienagannego zachowania. Prokuratura generalna wniosła kasację, domagając się ponownie kary dożywocia.

W tej sprawie nigdy nie ustalono, kim był blondyn, który pomagał Adamowi ukryć ciało Ilony. Jego odnalezienie pomogłoby w skazaniu na dożywocie Adama Ł. Po tylu latach blondyn nie zostałby już pociągnięty do odpowiedzialności z powodu przedawnienia. Mężczyzna ten, sam z siebie nigdy się nie ujawni, z powodu ostracyzmu społecznego, z jakim by się spotkał. Nie wiadomo, kim był, jak potoczyły się jego losy, i czy w ogóle jeszcze żyje. Można przypuszczać, że nie był wzięty z przypadku. Adam Ł nie poprosiłby o pomoc w ukryciu zwłok człowieka z ulicy. Jeśli blondyn nie zostanie odnaleziony, Adam Ł. wyjdzie w 2033 roku na wolność.

Ta sprawa pokazuje, że przy wielu zbrodniach, zwłaszcza niewykrytych są ludzie, którzy mają wiedze na ich temat. Pani Krystyna poszła zeznawać po 16 latach. Lepiej późno niż wcale. Ta kobieta jest przykładem dla wielu ludzi, którzy wiedzą, ale wolą milczeć.

𝙉𝙖𝙙𝙖𝙡 𝙣𝙞𝙚 𝙪𝙨𝙩𝙖𝙡𝙤𝙣𝙤, 𝙠𝙩𝙤 𝙯𝙖𝙗𝙞ł 𝙥𝙧𝙖𝙘𝙤𝙬𝙣𝙞𝙠𝙖 𝙣𝙖 𝙨𝙩𝙖𝙘𝙟𝙞 𝙥𝙖𝙡𝙞𝙬 𝙬 𝘾𝙝𝙤𝙘𝙯𝙣𝙞. 16 listopada 1993 roku w wyniku napadu rabunkowego n...
19/05/2026

𝙉𝙖𝙙𝙖𝙡 𝙣𝙞𝙚 𝙪𝙨𝙩𝙖𝙡𝙤𝙣𝙤, 𝙠𝙩𝙤 𝙯𝙖𝙗𝙞ł 𝙥𝙧𝙖𝙘𝙤𝙬𝙣𝙞𝙠𝙖 𝙣𝙖 𝙨𝙩𝙖𝙘𝙟𝙞 𝙥𝙖𝙡𝙞𝙬 𝙬 𝘾𝙝𝙤𝙘𝙯𝙣𝙞.

16 listopada 1993 roku w wyniku napadu rabunkowego na stację benzynową w Choczni pod Wadowicami zginał pracownik tej stacji, a drugi został ranny. Od tego brutalnego zabójstwa minęło ponad 32 lata. Od ponad trzech dekad sprawa jest umorzona, a mordercy Stanisława Świtka z Suchej Beskidzkiej nie ponieśli kary. To zdarzenie nie było nigdy szeroko opisywane w mediach, dlatego wiedza o nim i możliwości na jakikolwiek przełom są niewielkie. Pisząc ten tekst, postanowiłem podjąć próbę zmiany tego stanu rzeczy.

W Choczni przy DK52 dziś stoi stacja Orlenu (na zdjęciu), ale nie zawsze tak było. W 1993 roku mieściła się tam stacja firmy Benzinex. Miała trzech współwłaścicieli i kilku pracowników. 3 listopada 1993 zatrudnił się tam Stanisław Świtek z Suchej Beskidzkiej. Mężczyzna miał na utrzymaniu rodzinę. Z zawodu był tokarzem. Wcześniej pracował w fabryce, którą zamknięto. Piastował także funkcję ławnika w sądzie. W nocy z 15/16 listopada 1993 roku poszedł trzeci raz do pracy. Jak się okazało po raz ostatni.

Feralnej nocy około godziny 2.15 na stacji pojawiło się dwóch mężczyzn. Praktyką było, aby na nocnych zmianach zamykać drzwi, a klientów obsługiwać przez okienko. Odpoczywający na zapleczu pracownik i zarazem jeden ze współwłaścicieli Jan G. usłyszał krzyk i strzały. Zobaczył jak siedzący przy biurku koło okienka Stanisław Świtek, upada z impetem na ziemię. Schronił się za filarem, krzycząc do sprawców, że zabili jego kolegę. Przez okienko padło kilka kolejnych strzałów, ale Jana G. ochronił przed nimi filar. Sprawcy wybili szybę i jeden z nich dostał się do wnętrza budynku. Ukryty za filarem pracownik zapamiętał jego sylwetkę, ubiór, ale bez twarzy. Rzucił w napastnika bliżej nieokreślonym przedmiotem (prawdopodobnie popielniczką albo butelką z olejem). W momencie zamachnięcia się sprawca strzelił do niego i trafił w rękę. Następnie podbiegł, chwycił za kołnierz, przystawił pistolet i zmusił do wydania pieniędzy. W kasie było ich niewiele. Praktyką właścicieli stacji było odbieranie utargu wieczorem, tak aby w nocy w kasie była niewielka kwota na wydawanie. Tak też było feralnej nocy. Około 22.00 jeden ze współwłaścicieli odebrał ze stacji 200 milionów (dziś 20 000 ) złotych utargu, a w kasie pozostawił jedynie 15 milionów (dziś 1500 ). Mniej, więcej właśnie tyle zrabowano.

Po zabraniu gotówki napastnik odprowadził Jana G. w głąb pomieszczenia stacji i zmusił go do położenia się na ziemi. Sam oddalił się przez wybite okno. Z zeznań pracownika wynika, iż bał się od razu ponieść z podłogi. Zrobił to dopiero po chwili. Zobaczył jak sprawcy napadu oddalają się pieszo w stronę drogi głównej. Kiedy podszedł do kolegi Stanisława Świtka ten jeszcze żył. Na stacji nie było telefonu. Mężczyzna pobiegł w stronę drogi i próbował zatrzymywać przejeżdżające samochody. Żaden z kierowców się nie zatrzymał. Zrezygnowany Jan G. udał się do pobliskiego domu, gdzie zbudził właścicieli. Ci natychmiast wezwali pogotowie i policje. Lekarz karetki stwierdził zgon postrzelonego trzy razy Stanisława Świtka. Na stację już po kilku minutach przyjechali policjanci z Komisariatu Policji w Andrychowie. Zarządzono blokadę dróg. Kontrolowano każdy samochód. Bezskutecznie.

Na miejsce sprowadzono przewodnika z psem tropiącym z komendy w Żywcu. Pies podjął trop pod okienkiem sprzedawcy i po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów w stronę Choczni skierował się w drogę polną w stronę przejazdu kolejowego, a następnie w stronę centrum Choczni. Po dobiegnięciu do głównej drogi w wiosce stracił ślad.
W kolejnych próbach pies po przebiegnięciu drogi krajowej doprowadził policjantów do drogi polnej. Przez pewien czas kluczył także w pobliżu zagajnika w okolicy stacji.

Tego samego dnia Prokuratura Rejonowa w Wadowicach wszczęła śledztwo w sprawie zabójstwa Stanisława Świtka, uszkodzenia ciała Jana G. i kradzieży pieniędzy. Podczas oględzin zabezpieczono kilka pocisków i łusek. Analiza balistyczna wykazała, że strzelano z Browninga 7,65 mm produkcji Czechosłowackiej (popularnej CE - ZET - KI).
Sprawdzenie w bazach Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego dało wynik negatywny. Nikt wcześniej nie popełnił przy pomocy tego konkretnego egzemplarza broni przestępstwa. Na miejscu znaleziono wiele śladów traseologicznych, które w późniejszej analizie okazały się śladami tylko osób związanych z obsługą stacji. Zabezpieczono przed okienkiem grzebień, który nie należał do nikogo ze stacji, ale nie było na nim śladów linii papilarnych, ani włosów. Przed budynkiem stał także kanister z benzyną, który nie był własnością stacji. W toku postępowania śledczy przyjęli założenie, że sprawcy, aby nie budzić podejrzeń pracownika, zatankowali do niego kilka litrów paliwa. Tym samym uśpili czujność Stanisława Świtka, który nie widział nic dziwnego w tym, że po zatankowaniu sprawca podszedł do okienka.

Do sprawy przesłuchano kilkaset osób. Wśród nich było wielu mieszkańców Choczni, a także kierowcy, którzy feralnej nocy przejeżdżali krajówką między Wadowicami a Andrychowem. Świadkowie nic jednak do sprawy nie wnieśli.

Śledczy ustalili, iż w rejonie stacji w nocy z 15/16 listopada przebywali Tomasz R. i Grzegorz T. z Bielska-Białej. Korzystali nawet z niej, tankując samochód i robiąc drobne zakupy. Zaznali, że byli w tamtych okolicach, ponieważ poznali w Bielsku - Białej dziewczynę o imieniu Monika z okolic Choczni. Ich zeznania nie były spójne, co zwróciło uwagę śledczych. Przeszukano ich domy, gdzie znaleziono nielegalnie posiadaną broń. Jeden z nich zeznał, iż zakupił ją na targu od Rosjan. To dało podstawy, by podejrzewać, że to oni dokonali napadu.

Policja pojęła próbę odszukania dziewczyny, która mogłaby potwierdzić ich wersję. Wytypowano i przesłuchano kilkadziesiąt nastolatek z Inwałdu, Choczni i innych okolicznych miejscowości uczących się w Bielsku, zwłaszcza blondynek o imieniu Monika. Ich zeznania zazwyczaj kończyły się na dwóch zdaniach: "Nic nie wiem o tej sprawie. Nie znam tych mężczyzn".

Z kolei sami podejrzewani zeznali, że widzieli tej nocy, jadąc w kierunku Wadowic dwóch mężczyzn w pobliżu stacji. Mieli oni być ubrani w ciemne kurtki i spodnie dresowe. Tomasz R. i Grzegorz T. zeznali, że zawrócili w pobliżu przejazdu kolejowego i jadąc w stronę Andrychowa, widzieli przy okienku na stacji mężczyznę. Minęli stacje i zatrzymali się kilkaset metrów dalej na kilkuminutowy postój. Podjęli decyzję, aby ponownie przejechać się w stronę Wadowic. Zauważyli policję i pogotowie jadące w tę samą stronę i zaciekawieni pojechali za nimi, zobaczyć co się stało. W rejonie stacji paliw w Choczni zobaczyli blokadę policyjną i nawet oni zostali poddani kontroli. Nie zawracali już, tylko udali się do Bielska okrężną drogą przez Suchą Beskidzką.

Zeznania obu panów dają mocno do myślenia. Odwiedzanie nieletnich koleżanek w środku tygodnia, o drugiej w nocy wydaje się co najmniej dziwne. Tomasz R. i Grzegorz T. w zeznaniach mówią o kilkuminutowym postoju, natomiast od napadu do momentu pojawienia się policji minęło 25 minut. Czas dla jednych płynie szybciej, dla innych dłużej. Wątpiące jest to, że szukali dziewczyny w nocy, jeżdżąc między Wadowicami a Andrychowem tam i z powrotem. To, że nie udało się jej odnaleźć, świadczy na ich niekorzyść. Być może nastolatka po prostu bała się przyznać do zawarcia znajomości z jakimiś starszymi mężczyznami. Jeśli jednak faktycznie taka dziewczyna istnieje to może po 30 latach znajdzie w sobie odwagę i opowie czy faktycznie zaprosiła Tomasza R. i Grzegorza T.

Na miejscu zdarzenia zabezpieczono szereg włosów, podobnie jak w samochodzie Tomasza R. i na ubraniach obu mężczyzn. Analiza porównawcza nie dała pewności czy należą do jednego z podejrzewanych mężczyzn. Zaznaczmy, że w tamtych czasach DNA dopiero raczkowało. Nie wiadomo jaki wynik dałoby ponowne badanie dziś. Biegli nie potwierdzili ani nie wykluczyli, że materiał zabezpieczony na miejscu zdarzenia może należeć do jednego z panów. Faktem jest, że na wybitej szybie stacji znaleziono włos, który zdaniem biegłych na pewno nie należał do żadnego z nich.

Ostatecznie Tomasza R. ani Grzegorzai T. nie postawiono przed sądem.
To, że w domu jeden z nich miał nielegalnie posiadaną broń i ich zeznania były rozbieżne, nie było przekonujące dla prokuratury i nie dało ostatecznych dowodów na ich udział w zbrodni. Na pewno jest to jeden z ciekawszych wątków tej sprawy, który ze względu na nieścisłości i nowe możliwości kryminalistyki powinno się ponownie zbadać.

Drugą prawdopodobną hipotezą, jest to, że Stanisław Świtek mógł być jedną z pierwszych ofiar jednej z najgroźniejszych polskich grup przestępczych - gangu kantorowców. Zrobiło się o nim głośno w 2007 roku, po zabójstwie właściciela kantoru i jego syna w Myślenicach. Stworzono specjalną grupę śledczą, która ostatecznie rozbiła gang. Jego członkowie zostali skazani na wysokie kary za zabójstwa z lat 2005 - 2007, ale śledczy mają świadomość, że lista jest znacznie dłuższa i podejrzewają ich o popełnienie nawet do pięćdziesięciu zbrodni, do dziś niewyjaśnionych. Modus operandi, czas popełnienia morderstwa i fakt, że jeden z członków gangu w 1993 roku pracował w okolicach Choczni tylko uprawdopodabnia hipotezę, że to gang kantorowców mógł dokonać napadu i zabić Stanisława Świtka.

Ciekawostką w tej sprawie jest to, że Stanisław Świtek przez wiele lat był ławnikiem przy Sądzie Rejonowym w Suchej Beskidzkiej. Być może przyczynił się do skazania kogoś, kto wydał na niego wyrok. Może napad był tylko przykrywką i chodziło o to, aby zabić Stanisława Świtka? Jest to bardzo mało prawdopodobne, ale pewne okoliczności takie jak zachowanie zabitego w ostatnich dniach przed śmiercią dają do myślenia. Stanisław Świtek zachowywał się tak, jakby spodziewał się śmierci. Nikomu jednak nie mówił o tym, aby otrzymywał jakieś groźby.

Sporawa stoi w miejscu od 33 lat. Kilka lat temu syn ofiary postanowił zainteresować nią organy ścigania. Materiały, jakie pozyskał z Bielska i dostarczył do policjantów z Krakowa, zaginęły. Nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co się z nimi na stało. Dzięki zmianom w prawie mamy jeszcze kilka lat, bo taka sprawa nie przedawnia się już po 30 latach. Być może pojawią się jakieś nowe informacje.

Address


Website

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when 𝗥𝗮𝗳𝗮ł 𝗞𝘄𝗮𝗿𝗰𝗶𝗮𝗸 posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Contact The Business

Send a message to 𝗥𝗮𝗳𝗮ł 𝗞𝘄𝗮𝗿𝗰𝗶𝗮𝗸:

  • Want your business to be the top-listed Business?

Share