Ekranomania

Ekranomania Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Ekranomania, Wroclaw.

Z 90 minut do wolności mam bardzo prostą relację: obejrzałem, nie żałuję… ale też nie widzę żadnego powodu, żeby płacić ...
25/02/2026

Z 90 minut do wolności mam bardzo prostą relację: obejrzałem, nie żałuję… ale też nie widzę żadnego powodu, żeby płacić za to kinowy bilet.
To jest jeden z tych filmów, które brzmią świetnie, kiedy czytasz opis. Sztuczna inteligencja w sądownictwie, presja czasu, człowiek kontra system, napięcie, moralne dylematy wszystko się zgadza na papierze. I przez pierwsze minuty naprawdę czuć, że coś z tego może być. Jest tempo, jest klimat technologicznej paranoi, jest obietnica historii, która powinna dociskać widza do fotela.
Tyle że im dalej, tym bardziej zaczynałem mieć wrażenie, że oglądam pomysł, a nie film. Niby wszystko działa, ale nie ma w tym ciężaru. Zamiast napięcia jest chaos, zamiast emocji gonitwa informacji. Ekrany, dane, komunikaty, systemy, interfejsy… a ja siedzę i czuję się bardziej jakbym przeglądał czyjś pulpit niż oglądał thriller.
Największy problem mam z tym, że film udaje poważniejszy, niż faktycznie jest. Próbuje straszyć wizją świata kontrolowanego przez algorytmy, ale robi to trochę na poziomie „wyobraźcie sobie, że aplikacja jest zła”. Brakuje mi w tym prawdziwej duszności, prawdziwego niepokoju. Temat jest aktualny jak cholera, a emocjonalnie wypada zaskakująco płasko.
Nie jest to katastrofa, żeby była jasność. To się ogląda całkiem sprawnie. Nie ma momentów, w których chcesz wyłączyć i iść zrobić herbatę. Tylko że równie dobrze możesz go obejrzeć właśnie przy tej herbacie, w niedzielę, w domu, między obiadem a deserem. I to jest chyba najlepsze miejsce dla tego filmu.
Bo w kinie oczekuję, że coś mnie przygniecie, zaskoczy, zostawi ze mną na dłużej. A tutaj po napisach końcowych miałem raczej myśl: okej, było, minęło. Nie czuję potrzeby polecania go jako „musisz to zobaczyć”, ale jeśli kiedyś wpadnie na VOD i nie będziesz miał nic lepszego spokojnie możesz odpalić.
Tylko portfel nie musi w tym uczestniczyć.

Z Niebo. Rok w piekle miałem od początku relację opartą na nadziei. Takiej widzowskiej, trochę naiwnej, ale szczerej. Wi...
02/02/2026

Z Niebo. Rok w piekle miałem od początku relację opartą na nadziei. Takiej widzowskiej, trochę naiwnej, ale szczerej. Wiedziałem, na jakiej historii to stoi. Wiedziałem, jak potworne i przytłaczające były prawdziwe wydarzenia. I właśnie dlatego przez kilka tygodni powtarzałem sobie jedno: spokojnie, to jeszcze się rozkręci. Tyle że im dalej byłem, tym częściej łapałem się nie na napięciu, tylko na irytacji. Ten serial mnie męczył. A najbardziej główny bohater. Nie w ciekawy, prowokujący sposób. Po prostu mnie drażnił. Jego decyzje, jego reakcje, jego obecność w centrum historii. Zamiast być kimś, za kim chcę iść, był kimś, z kim musiałem się siłować. I to nie jest konflikt twórczy, tylko zwykłe zmęczenie materiału. Najgorsze jest to, że ja naprawdę chciałem, żeby to „zaskoczyło”. Po każdym odcinku miałem w głowie ten sam mechanizm obronny: okej, to dopiero przygotowanie, jeszcze pokażą pazur, jeszcze dowiozą emocje. Bo potencjał był ogromny. Ta historia w realnym świecie nie potrzebuje żadnych ozdobników ona sama jest wystarczająco ciężka, duszna i przerażająca. A jednak serial jakby ciągle uciekał krok do tyłu. Zamiast wchodzić głębiej, wygładzał krawędzie. I finał… Szósty odcinek skończył się tak, że autentycznie zapytałem sam siebie: to już koniec?. Bez uderzenia, bez emocjonalnej kulminacji, bez poczucia domknięcia. Nie zostałem z ciszą, która boli. Zostałem z niedowierzaniem. Jakby ktoś urwał historię w pół zdania i uznał, że to wystarczy. Paradoks całej tej sytuacji jest dla mnie brutalny. Kiedy po seansie wracam do faktów, do artykułów, do opisu prawdziwej sekty Niebo mam ciarki. Czuję ciężar, niepokój, gniew. A serial? Serial zostawił mnie chłodnym. Znużonym. Rozczarowanym.I to jest dla mnie największy zarzut. Nie to, że coś było złe technicznie czy „nie takie, jak bym chciał”. Tylko to, że historia, która w rzeczywistości miażdży psychicznie, na ekranie nie potrafiła mnie naprawdę przycisnąć do ściany. A szkoda. Bo to był materiał na coś znacznie mocniejszego niż to, co ostatecznie dostałem.

„Xeno” zostawił mnie w takim stanie lekkiego rozkroku. Z jednej strony widziałem, jak bardzo ten film chce być czymś wię...
02/02/2026

„Xeno” zostawił mnie w takim stanie lekkiego rozkroku. Z jednej strony widziałem, jak bardzo ten film chce być czymś więcej niż tylko kolejną historią z etykietą „SF”, a z drugiej jak często sam sobie podstawia nogę. I paradoksalnie… to mnie w nim najbardziej zainteresowało. Nie miałem poczucia, że ktoś próbuje mnie olśnić. Raczej jakby twórcy mówili: słuchaj, to jest proste, trochę nieporadne, ale mówione serio. Ten film nie atakuje. On się raczej nieśmiało dopomina uwagi. Czasem aż za bardzo momentami czułem, że emocje są podane zbyt wprost, bez miejsca na oddech. Ale bywały też chwile, kiedy ta prostota działała dokładnie tak, jak powinna. Klimat? Dziwny miks dziecięcej wrażliwości i dorosłego zmęczenia światem. Niby lekko, niby miękko, a jednak cały czas czułem pod spodem coś niepokojącego nie zagrożenie, tylko samotność. Tę taką cichą, niewygodną, której nie da się zagadać dialogiem ani przykryć muzyką.
„Xeno” nie jest filmem, który wygrywa detalem czy konsekwencją. Tu więcej rzeczy się rozjeżdża, niż idealnie zazębia. Ale ja nie miałem wrażenia, że to chłodny kalkulator. Raczej ktoś próbował opowiedzieć emocję, nie do końca wiedząc, jak ją ubrać w formę. I czasem ta nieudolność bolała, a czasem zupełnie niespodziewanie trafiała celniej niż dopieszczone produkcje z większym budżetem.
Po seansie nie zostałem z zachwytem ani z irytacją. Zostałem z czymś pośrodku. Z myślą, że to film, który łatwo zbyć wzruszeniem ramion, ale też taki, który jeśli dasz mu trochę kredytu zaufania potrafi się odwdzięczyć pojedynczymi momentami szczerości. Nie będę go nikomu wciskał na siłę. Ale nie skreśliłbym go też jednym zdaniem.

Dobra, postawmy sprawę jasno już na starcie. „Kung Fu Szał” to nie jest film, który się „ogląda”. To film, który cię łap...
29/01/2026

Dobra, postawmy sprawę jasno już na starcie. „Kung Fu Szał” to nie jest film, który się „ogląda”. To film, który cię łapie za kołnierz, trzepie jak dywan i jeszcze każe się z tego śmiać. I nie, nie ma tu miejsca na grzeczne „fajne kino akcji”. Tu jest totalny odlot. Bez zapiętych pasów. Powiem wprost: jeśli ktoś nadal twierdzi, że w kinie wszystko już było, to najwyraźniej nie widział Stephena Chowa w trybie: zero hamulców. Ten facet bierze wszystko, co zna kung-fu, kreskówki, Matrixa, stare filmy z Bruce’em Lee, musical, slapstick wrzuca do jednego gara i zamiast bigosu wychodzi… złoto. Chaotyczne? Tak. Przegięte? Jasne. Głupie? Ani trochę. „Kung Fu Szał” wygląda jak sen kogoś, kto zasnął po maratonie VHS-ów, anime i kreskówek z Kojotem Wilkiem. Ludzie latają, ściany pękają, prawa fizyki biorą wolne, a kamera ani na moment nie mówi: „ej, może trochę spokojniej?”. Nie ma spokojniej. I bardzo dobrze. Najlepsze jest to, że ten film bezczelnie pożycza. Czasem wręcz kradnie na oczach widza. Matrix? Jest. Bruce Lee? Wiadomo.
Horrory, musicale, Hollywood, Hongkong, anime? Wszystko naraz. Tylko że Chow robi z tym coś, czego nie potrafi 90% reżyserów: nie cytuje dla popisu. Te wszystkie nawiązania są wklejone tak naturalnie, jakby zawsze tam miały być. Zero muzeum kina. Zero zadęcia. Jest zabawa.
I nagle orientujesz się, że to nie parodia. To list miłosny do kina. Ale napisany sprayem na murze, a nie piórem na pergaminie. Postacie? Przerysowane jak z komiksu. Złole? Groźni i śmieszni jednocześnie. Akcja? Tak szybka, że mózg czasem nie nadąża i dokładnie o to chodzi. A finał… serio, finał to już czyste anime na żywo. Jakby ktoś odpalił „Dragon Balla” i zapomniał wyłączyć filtr realizmu. I teraz najważniejsze: ten film wcale nie jest głupi, choć bardzo chce na takiego wyglądać. Pod tą całą jazdą bez trzymanki kryje się precyzja, timing i świadomość medium, której mogłyby pozazdrościć wielkie hollywoodzkie produkcje za grube miliony. Tu każdy cios, każda pauza, każdy absurd ma sens. Nawet jeśli ten sens polega na tym, że masz parsknąć śmiechem. Nie ma tu moralizowania. Nie ma łopatologii. Jest czysta frajda. I przypomnienie, że kino nie zawsze musi być „ważne”, żeby było genialne. „Kung Fu Szał” to film, który albo kupujesz w całości, albo wcale. Ale jeśli kupisz to będziesz wracać. Dla scen. Dla detali. Dla tego momentu, gdy mówisz: „jak oni to w ogóle wymyślili?”. No i teraz pytanie do was, już zupełnie serio: czy dziś ktoś jeszcze robi filmy z taką bezczelną radością? Czy tylko udajemy, że jeszcze potrafimy się tak bawić kinem? Bo Stephen Chow potrafił. I to jak. 🍺

Powiem krótko: myślałem, że to będzie lekka jazda na autopilocie. A potem film zdjął mnie z krzesła. I to bez ostrzeżeni...
25/01/2026

Powiem krótko: myślałem, że to będzie lekka jazda na autopilocie. A potem film zdjął mnie z krzesła. I to bez ostrzeżenia. Serio dawno nic mnie tak nie zaskoczyło w kategorii „a obejrzę, bo nic innego nie ma”. Kod 3 wjeżdża niby jako czarna komedia, ale niech was to nie uśpi. Owszem, jest śmiech. Taki trochę krzywy, trochę gorzki. Ale pod spodem siedzi coś miękkiego, ludzkiego, momentami wręcz czułego. I to właśnie najbardziej rozbraja.
Najlepsze jest to, że ten film kompletnie nie udaje „ważnego kina”. Nie staje na skrzynce, nie wygłasza kazań. Po prostu wrzuca nas w środek roboty ratowników, pokazuje ich zmęczenie, cynizm, poczucie absurdu… i jedzie dalej. Bez hamulca ręcznego. A ty łapiesz się na tym, że śmiejesz się, a chwilę później robi się jakoś ciszej. W środku.
Aktorstwo? Bez gwiazdorzenia. Postacie są jak ludzie, których mógłbyś spotkać na dyżurze, w barze, w windzie o szóstej rano. Każdy ma swoje pęknięcie. Każdy coś niesie. I nikt nie jest papierowy. Kilka dialogów trafia punkt w punkt taki komentarz społeczny, który nie krzyczy, tylko mruga okiem. Wystarczy. W pewnym momencie złapałem się na myśli: to jest trochę jak Office Space, tylko zamiast korpo karetka. Ten sam rodzaj humoru: śmiesznie, bo prawdziwie. I trochę strasznie, bo prawdziwie. Nie ma co się oszukiwać to nie jest film, który robił wielki szum. Ograniczona dystrybucja, cisza w sieci, brak krzyczących trailerów. A szkoda. Bo to dokładnie ten typ kina, który najlepiej działa „z polecenia”. Od jednego ziomka do drugiego.
„Ej, obejrzyj. Zaufaj mi.” Dla jasności: jeśli ktoś szuka czystej komedii do kotleta może się zdziwić. Jeśli ktoś spodziewa się ciężkiego dramatu też nie trafi w punkt. Ten film chodzi własną ścieżką. Raz przyspiesza, raz zwalnia. Czasem żart, czasem cisza. I właśnie dlatego działa.

Prawo zemstyGatunek: thrillerRok produkcji: 2009Data premiery :16 października 2009                           27 listopa...
24/01/2026

Prawo zemsty

Gatunek: thriller
Rok produkcji: 2009
Data premiery :16 października 2009
27 listopada 2009 (Polska)
Czas trwania : 108 minut
Reżyseria : F. Gary Gray
Scenariusz : Kurt Wimmer
Główne role : Jamie Foxx
Gerard Butler

Na starcie dostajemy sytuację, po której każdemu normalnemu człowiekowi podnosi się ciśnienie. Facet traci wszystko. System mówi: „przykro nam, ale statystyki muszą się zgadzać”. I tu zapala się pierwsza lampka: czy to jeszcze thriller, czy już instrukcja obsługi wkurzonego obywatela?
Prawo zemsty nie udaje subtelnego kina moralnego niepokoju. On raczej wjeżdża bokiem, z piskiem opon. Zemsta? Jest. Sprawiedliwość? Też, tylko jakaś taka krzywa. Prawo? Formalnie obecne, mentalnie na urlopie.
Gerard Butler robi dokładnie to, co potrafi najlepiej. Stoi, patrzy, mówi niewiele, ale jak już coś powie, to wiesz, że zaraz komuś się posypie plan dnia. Nie ma tu filozofowania na poziomie seminariów. Jest zimna determinacja i facet, który wygląda, jakby od dziesięciu lat planował rozmowę, a nie akcję.
Jamie Foxx z kolei gra typa, którego wszyscy znamy. Ambitny, wygodny, przekonany, że „tak po prostu działa system”. I nagle ten system zaczyna mu się sypać na biurku. Fajne jest to, że film nie stawia prostych znaków drogowych: tu dobry, tam zły. Każdy ma coś za paznokciami. I to boli bardziej niż wybuchy.
Czy scenariusz jest dziurawy? No nie ma co się oszukiwać momentami tak. Są skróty myślowe, są cuda logistyczne, przy których Google Maps by się poddało. Ale… to jest ten przypadek, gdzie emocja wygrywa z logiką. Przynajmniej do pewnego momentu. Dla mnie największy zgrzyt? Finał. Film przez większość czasu buduje napięcie jak sprężynę, a potem trochę za grzecznie ją puszcza. Jakby ktoś w ostatniej chwili powiedział: „panowie, jednak nie przesadzajmy”. Szkoda. Bo było blisko czegoś naprawdę bezczelnego. Mimo wszystko ogląda się to cholernie dobrze. To nie jest kino, które zmieni twoje życie, ale takie, po którym rozmowa przy piwie sama się klei. O tym, gdzie kończy się prawo. O tym, czy cel uświęca środki. I czy system naprawdę działa tylko wtedy, gdy ktoś go wysadzi od środka.
Ja daję 7,5/10. Za klimat. Za Butlera. Za odwagę zadawania niewygodnych pytań. I za to, że nawet jak coś nie gra, to i tak chcesz zobaczyć, co będzie dalej.

Powiecie: „Smarzowski? To wiadomo, będzie ciężko”. I macie rację. Ale „Dom dobry” nie jest po prostu ciężki. To jest ten...
24/01/2026

Powiecie: „Smarzowski? To wiadomo, będzie ciężko”. I macie rację. Ale „Dom dobry” nie jest po prostu ciężki. To jest ten seans, po którym kończysz film, siedzisz jeszcze chwilę na kanapie i myślisz: „dobra, muszę wyjść do kuchni, napić się wody whisky cokolwiek. I nie dlatego, że było nudno malo emocji . Wręcz przeciwnie dlatego, że było za dużo. Na Dom dobry nie poszedłem do kina. Moja żona była zrobiły sobie babski wieczór, ja zostałem w domu z dzieciakami i stwierdziłem, że jak film wyjdzie na streaming, to obejrzę go na spokojnie. Po seansie wróciła i mówiła jedno: że to mocne kino, że na sali była cisza jak makiem zasiał, zero chrupania popcornu, zero szeptów. I wtedy już wiedziałem, że to nie jest „film na piątek po pracy”, tylko coś, co trzeba obejrzeć wtedy, kiedy człowiek jest na to psychicznie gotowy.
Najpierw jest nawet… normalnie. Znajomość, obietnica ucieczki od syfu, jakiś błysk nadziei. Ten moment, kiedy człowiek jeszcze wierzy, że „może tym razem się uda”. A potem zaczyna się zsuwanie po równi pochyłej. Powoli, bez fanfar. Jedno krzywe zdanie, jeden gest, jeden moment, który łatwo zignorować. I właśnie to jest najbardziej niepokojące bo to wygląda znajomo. Zbyt znajomo.
I w którymś momencie orientujesz się, że to już nie jest opowieść, tylko ciągłe doświadczanie przemocy. Scena za sceną. Dzień po dniu. Bez przerwy na złapanie oddechu. Smarzowski nie daje wentyla bezpieczeństwa. Nie ma tu klasycznego „teraz napięcie rośnie, teraz opada”. Jest walec. Jedzie. I nie skręca.
Powiem wprost: da się to oglądać tylko do pewnego momentu. Potem ciało zaczyna reagować szybciej niż głowa. Sztywny kark, ściśnięty żołądek, to uczucie, że chciałbyś przewinąć, ale nie przewijasz, bo… głupio? Bo to „ważny temat”? No właśnie. Nie ma co się oszukiwać to nie jest film dla wszystkich. I nie chodzi o wrażliwość czy „odporność psychiczną”. Chodzi o formę. Przemoc jest tu pokazana tak dosłownie i tak często, że przestaje coś tłumaczyć, a zaczyna po prostu męczyć. W pewnym momencie łapiesz się na myśli: „okej, już rozumiem, naprawdę”.
I tu zaczyna się problem. Bo intencje są jasne. Szlachetne nawet. Pokazać mechanizm. Uświadomić. Wstrząsnąć. Tylko że wstrząs non stop przestaje być wstrząsem. Staje się hałasem. Jednych to złamie, innych… znieczuli. Paradoks, ale prawdziwy.
Aktorsko? Klasa. Bez dwóch zdań. Agata Turkot gra tak, że nie ma w tym ani grama fałszu. Tomasz Schuchardt potrafi być jednocześnie „normalnym gościem” i kimś, od kogo masz ochotę uciec jak najdalej. To właśnie działa najmocniej ta zwyczajność zła. Żadnych potworów z horroru. Typ z sąsiedztwa. Garnitur, uśmiech, układy.
Tyle że Smarzowski momentami bardziej skupia się na samym zadawaniu bólu niż na tym, co ten ból robi z człowiekiem. Jakby ważniejsze było, żebyśmy „czuli”, niż żebyśmy „rozumieli”. I ja się naprawdę zastanawiam, czy to najlepsza droga. Czy nie dało się powiedzieć tego samego, ale trochę słabiej 🫣 Głębiej. Bliżej bohaterki, a nie jej ran. Nie twierdzę, że ten film nie powinien powstać. Wręcz przeciwnie. Dobrze, że ktoś wciąż ma odwagę grzebać w tematach, od których większość woli odwrócić wzrok. Tylko że „Dom dobry” to taki przypadek, gdzie wychodzisz z seansu z myślą: „ważne”, ale też: „nie chcę tego drugi raz”.
To nie jest kino, które się „poleca znajomym na weekend”. To jest kino, które się ostrzega. Jeśli ktoś to obejrzy i powie: „to o mnie” to może być impuls do działania. Jeśli ktoś inny wyłączy w połowie też go zrozumiem. I jedno, i drugie jest uczciwą reakcją. Bo zło bywa banalne. Przemoc bywa powtarzalna. I dokładnie taki jest ten film. Prawdziwy aż do bólu. Tylko pytanie, czy zawsze więcej znaczy lepiej. I tu już każdy musi odpowiedzieć sobie sam.
Polecam zobaczyc 🎬👌

Okej, powiem wprost. Wchodzę do kina, leci trailer, a ja myślę: „Co jest grane?”. The Clash na głośnikach, szybki montaż...
23/01/2026

Okej, powiem wprost. Wchodzę do kina, leci trailer, a ja myślę: „Co jest grane?”. The Clash na głośnikach, szybki montaż, Nowy Jork, pościgi, gangsterka, luz. I nagle nazwisko reżysera… Darren Aronofsky. Ten Aronofsky. Ten od filmów, po których człowiek chce się położyć i patrzeć w sufit. No to co, ktoś tu się pomylił? Czy może wydarzył się cud?
Nie ma co się oszukiwać przez chwilę naprawdę uwierzyłem. Że facet, który zwykle katuje widza egzystencjalnym bólem, odpuścił. Że zrobił coś lekkiego. Takiego do obejrzenia w weekend, bez psychicznego kaca. I właśnie na tym „przez chwilę” opiera się cały problem „Złodzieja z przypadku”.
Na papierze wszystko się zgadza. Zwykły gość, Hank. Były sportowiec, obecnie bar, nocne zmiany, życie takie sobie. Ma dziewczynę, nie wchodzi nikomu w drogę, raczej typ, którego byś postawił piwo, bo sprawia wrażenie spoko. I nagle bach. Złe miejsce, zła pora. Sąsiad znika, pojawiają się rosyjscy bandyci, ktoś kogoś bije, gdzieś krążą miliony dolarów, narkotyki i… kot. Tak, kot. Brzmi jak start dobrej, lekko pokręconej jazdy.
I przez moment faktycznie tak jest. Film udaje, że będzie zabawą. Że to taki miks gangsterskiego chaosu, ironii i przerysowanej przemocy. Coś między Tarantino a braćmi Coen, tylko bez napinki. Tyle że Aronofsky nie byłby sobą, gdyby długo wytrzymał bez grzebania bohatera w duszy.
Bo nagle, trochę bokiem, trochę podstępnie, wjeżdża dramat. Ciężki. Alkoholizm, trauma sprzed lat, poczucie winy, życiowe ruiny. I już wiesz, że to nie będzie tylko gonitwa po Nowym Jorku. Że reżyser znowu chce powiedzieć: „Patrzcie, jaki świat jest smutny. Jaki zepsuty”. I powie to kilka razy, na różne sposoby, czasem subtelnie, a czasem młotkiem. Problem w tym, że ten film próbuje być dwiema rzeczami naraz. Jedną nogą stoi w luźnej, gangsterskiej konwencji, gdzie przemoc jest trochę komiksowa, a absurd ma bawić. Drugą – w pełnym powagi dramacie o człowieku, który stacza się na dno. I te dwie nogi nie zawsze chcą iść w tym samym kierunku.
Są sceny, gdzie czujesz dystans, lekkość, wręcz zabawę formą. A zaraz potem dostajesz brutalną, zimną przemoc, bez mrugnięcia okiem. Bez ironii. Bez oddechu. I widz zostaje gdzieś pośrodku, zastanawiając się: „To ja mam się teraz śmiać czy martwić?”. Film sam do końca nie jest pewien.
Żeby było jasne to nie jest partactwo. Warsztatowo wszystko się tu zgadza. Aktorzy robią robotę, tempo nie siada, napięcie potrafi się zbudować. Aronofsky wie, jak kręcić kino. Tylko że znowu nie potrafi opowiedzieć nawet względnie prostej historii bez dokładania do niej wielkiego ciężaru emocjonalnego. Jakby bał się, że jeśli na chwilę odpuści, to ktoś uzna go za mniej „ambitnego” Najbardziej ironiczne jest to, że największe rozczarowanie nie wynika z tego, czym ten film jest, tylko z tego, czym wydawał się być. Marketing obiecał coś innego. Trailer sprzedał wizję jazdy bez trzymanki, a dostaliśmy przejażdżkę z przystankami na terapię. I choć to nadal solidne kino, to poczucie zawodu gdzieś zostaje.
Na marginesie historia z castingiem rosyjskich gangsterów zamiast ukraińskich to już w ogóle osobna, gorzka sprawa. Idealnie pasująca do hasła, które w filmie przewija się jak mantra: smutny świat, zepsuty świat. Tyle że tu to już nie metafora, tylko rzeczywistość zza kulis.
I właśnie dlatego „Złodziej z przypadku” tak dziwnie zostaje w głowie. Nie jako totalna klapa. Nie jako wielki triumf. Raczej jako film, który mógł być świetną rozrywką… ale nie potrafił przestać być Aronofskym. A to, jak wiadomo, bywa męczące.
No i teraz pytanie do was. Wolicie, kiedy reżyser trzyma się swojej ciężkiej, autorskiej jazdy, czy kiedy faktycznie próbuje zrobić coś lżejszego – nawet jeśli nie do końca mu to wychodzi? Bo ja sam nie jestem pewien, czy bardziej zirytował mnie ten film, czy jednak trochę rozbawił. I chyba właśnie o to chodzi, żeby się o to pokłócić przy piwie 😁

Co jeśli to, co uznaliśmy za zamkniętą historię z przeszłości, w rzeczywistości dopiero zaczyna się ujawniać? Ten tekst ...
23/01/2026

Co jeśli to, co uznaliśmy za zamkniętą historię z przeszłości, w rzeczywistości dopiero zaczyna się ujawniać? Ten tekst nie mówi o kolejnej „opowieści o kulcie” on demaskuje to, co może dziać się tu i teraz, tuż za ekranami naszych telefonów. Czy współczesne media społecznościowe i język rozwoju osobistego naprawdę mają w sobie ten sam mechanizm, który kiedyś trzymał ludzi w izolacji? I co to oznacza dla nas jako jednostek i społeczeństwa? Jeśli myślisz, że to kolejny felieton o serialu, przygotuj się na niespodziankę. Kliknij i sprawdź, dlaczego ta historia jeszcze długo nie zejdzie z twojego radaru pełny sens znajdziesz dopiero w środku. Przeczytaj do końca to tekst, który powinien zmusić cię do myślenia.

Analiza serialu „Niebo. Rok w piekle” jako ostrzeżenia przed współczesnymi sektami online, manipulacją i pseudorozwojem w internecie.

Dziś świętuje człowiek, który bez broni potrafił rozłożyć bombę spinaczem i uratować galaktykę z pilotem od telewizora w...
23/01/2026

Dziś świętuje człowiek, który bez broni potrafił rozłożyć bombę spinaczem i uratować galaktykę z pilotem od telewizora w kieszeni. Tak, mowa o jednym z największych telewizyjnych bohaterów lat 80. i 90. Richardzie Deanie Andersonie! 🙌
Z jednej strony MacGyver. Geniusz, pacyfista, ikona popkultury. Z drugiej pułkownik Jack O'Neill z „Gwiezdnych wrót”, czyli facet, który z ironicznym uśmieszkiem i granatem w dłoni ratował świat tydzień w tydzień przez niemal dekadę. 💥🌌
Aktor, producent, człowiek-instytucja, który odcisnął piętno nie tylko na ekranie, ale i w wyobraźni milionów widzów. Nie potrzebował CGI, supermocy ani rewolweru wystarczyła taśma klejąca i odrobina sprytu.
76 lat, a legenda wciąż żywa. Z okazji urodzin: Dziękujemy za dzieciństwo, młodość i setki godzin genialnej telewizji.

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych aktorów polskiego kina i telewizji, Piotr Polk, kończy dziś 64 lata! 🎉 Od lat trzyma...
22/01/2026

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych aktorów polskiego kina i telewizji, Piotr Polk, kończy dziś 64 lata! 🎉 Od lat trzyma fason na ekranie zarówno jako błyskotliwy lekarz, szorstki detektyw, jak i dubbingowy Zazu z „Króla Lwa”. A kto pamięta, że zaczynał… od rockowego zespołu i nauki gry na akordeonie? 🎸🎹 Od „Listy Schindlera” po „Ojca Mateusza” jego filmografia to prawdziwy katalog różnorodności. Aktor totalny: dramat, komedia, kryminał, teatr, musical wszystko zagrane z klasą i charyzmą. 💥
Szacunek za lata pracy, warsztat i głos, który potrafi zaczarować każde studio dubbingowe.
Wszystkiego najlepszego, Panie Piotrze! I jeszcze wielu premier, które zatrzymają widzów przed ekranami! 📺❤️

Adres

Wroclaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Ekranomania umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij