23/01/2026
Okej, powiem wprost. Wchodzę do kina, leci trailer, a ja myślę: „Co jest grane?”. The Clash na głośnikach, szybki montaż, Nowy Jork, pościgi, gangsterka, luz. I nagle nazwisko reżysera… Darren Aronofsky. Ten Aronofsky. Ten od filmów, po których człowiek chce się położyć i patrzeć w sufit. No to co, ktoś tu się pomylił? Czy może wydarzył się cud?
Nie ma co się oszukiwać przez chwilę naprawdę uwierzyłem. Że facet, który zwykle katuje widza egzystencjalnym bólem, odpuścił. Że zrobił coś lekkiego. Takiego do obejrzenia w weekend, bez psychicznego kaca. I właśnie na tym „przez chwilę” opiera się cały problem „Złodzieja z przypadku”.
Na papierze wszystko się zgadza. Zwykły gość, Hank. Były sportowiec, obecnie bar, nocne zmiany, życie takie sobie. Ma dziewczynę, nie wchodzi nikomu w drogę, raczej typ, którego byś postawił piwo, bo sprawia wrażenie spoko. I nagle bach. Złe miejsce, zła pora. Sąsiad znika, pojawiają się rosyjscy bandyci, ktoś kogoś bije, gdzieś krążą miliony dolarów, narkotyki i… kot. Tak, kot. Brzmi jak start dobrej, lekko pokręconej jazdy.
I przez moment faktycznie tak jest. Film udaje, że będzie zabawą. Że to taki miks gangsterskiego chaosu, ironii i przerysowanej przemocy. Coś między Tarantino a braćmi Coen, tylko bez napinki. Tyle że Aronofsky nie byłby sobą, gdyby długo wytrzymał bez grzebania bohatera w duszy.
Bo nagle, trochę bokiem, trochę podstępnie, wjeżdża dramat. Ciężki. Alkoholizm, trauma sprzed lat, poczucie winy, życiowe ruiny. I już wiesz, że to nie będzie tylko gonitwa po Nowym Jorku. Że reżyser znowu chce powiedzieć: „Patrzcie, jaki świat jest smutny. Jaki zepsuty”. I powie to kilka razy, na różne sposoby, czasem subtelnie, a czasem młotkiem. Problem w tym, że ten film próbuje być dwiema rzeczami naraz. Jedną nogą stoi w luźnej, gangsterskiej konwencji, gdzie przemoc jest trochę komiksowa, a absurd ma bawić. Drugą – w pełnym powagi dramacie o człowieku, który stacza się na dno. I te dwie nogi nie zawsze chcą iść w tym samym kierunku.
Są sceny, gdzie czujesz dystans, lekkość, wręcz zabawę formą. A zaraz potem dostajesz brutalną, zimną przemoc, bez mrugnięcia okiem. Bez ironii. Bez oddechu. I widz zostaje gdzieś pośrodku, zastanawiając się: „To ja mam się teraz śmiać czy martwić?”. Film sam do końca nie jest pewien.
Żeby było jasne to nie jest partactwo. Warsztatowo wszystko się tu zgadza. Aktorzy robią robotę, tempo nie siada, napięcie potrafi się zbudować. Aronofsky wie, jak kręcić kino. Tylko że znowu nie potrafi opowiedzieć nawet względnie prostej historii bez dokładania do niej wielkiego ciężaru emocjonalnego. Jakby bał się, że jeśli na chwilę odpuści, to ktoś uzna go za mniej „ambitnego” Najbardziej ironiczne jest to, że największe rozczarowanie nie wynika z tego, czym ten film jest, tylko z tego, czym wydawał się być. Marketing obiecał coś innego. Trailer sprzedał wizję jazdy bez trzymanki, a dostaliśmy przejażdżkę z przystankami na terapię. I choć to nadal solidne kino, to poczucie zawodu gdzieś zostaje.
Na marginesie historia z castingiem rosyjskich gangsterów zamiast ukraińskich to już w ogóle osobna, gorzka sprawa. Idealnie pasująca do hasła, które w filmie przewija się jak mantra: smutny świat, zepsuty świat. Tyle że tu to już nie metafora, tylko rzeczywistość zza kulis.
I właśnie dlatego „Złodziej z przypadku” tak dziwnie zostaje w głowie. Nie jako totalna klapa. Nie jako wielki triumf. Raczej jako film, który mógł być świetną rozrywką… ale nie potrafił przestać być Aronofskym. A to, jak wiadomo, bywa męczące.
No i teraz pytanie do was. Wolicie, kiedy reżyser trzyma się swojej ciężkiej, autorskiej jazdy, czy kiedy faktycznie próbuje zrobić coś lżejszego – nawet jeśli nie do końca mu to wychodzi? Bo ja sam nie jestem pewien, czy bardziej zirytował mnie ten film, czy jednak trochę rozbawił. I chyba właśnie o to chodzi, żeby się o to pokłócić przy piwie 😁