10/07/2017
Dzień Siódmy - odpoczynek po tygodniowym dziele tworzenia. Mógłbym zadać MU pytanie - jak u licha dokonać choćby małego cudu w Bułgarii i zmieścić sie reżimowo w 6 biblijnych dniach tak aby SIÓDMEGO wrócić na łono cybernetycznego jestestwa i ogłosić wszem a i wobec tyż - ŻEM DOKONAŁ już i pozostało jeno podziwiać.
Spotkałem 2 dni temu krążącego z synami po Velikotarnowskim Praktikerze Pana rodaka z Eleny a i z Krakowa ktory z grymasem przekonania zapewnił mnie ze jakżem rychło przyjechał - tak też rychło opuszczę. Oburzyłem sie na tę wyrocznie bom wszak typem jest upartym i prawie konsekwentnym i zadośćuczynienia klęsce ucieczki nie przystanę, tak przynajmniej sobie wmawiam.
Ku rozchwianiu mojemu Pan ziarno zasiał i zmusił mnie do zbilansowania porażek.
Primo: jakem prawie-nordyk, poddany kilkudniowej 40 bezmała stopniowemu upałowi słyszę skwierczenie swojego rozpalonego jestestwa - marynuje sie wiec w nisko PHowej sadzawce przydomowego basenu schowany pod kloszem nylonowego parasola z Kauflandu.
Sekundo: rozwaliwszy kwestie prawne, notarialne, agenturalno-wywiadowczo-szpiegowskie, logistyczne i zicherungowe jak to godajom na Ślonsku - pozostało ino czekać na chłodniejsze dni coby wróciła ochota przynajmniej do marudzenia bo jak w PRIMO - marynuje sie w algiatycznej sadzawce gumowego basenu pod nylonowym kloszem parasola z Kauflandu.
(nie pytajcie czy Kaufland mnie sponsoruje bo sie zadumam w ubolewaniu że jeszcze nie).
Tercjo: pozostał mi najtwardszy NUT do zgryzienia - znalezienie buchaltera lub przynajmniej buchalteropodobnej formy bytu obcykanej w bułgarskim buchalteryźmie.
Kwadro: o dziwo darmowa woda w studni wciąż jest i wciąż za darmo pomimo uporczywych porannych kąpieli plantów ogórków typu krastawica w dekalitrach studziennych zasobów mojego darmowego złoża w ktorych kąpią sie rownież pataty,sałaty,cebula i tomaty o wyrafinowanych arystokratycznych baklazanach NIE WSPOMINAJĄC (no właśnie - wspominając - hmm, retoryka polskiej składni).
Druga kaszta (choć była pierwszą) w oddalonej o 20km osadzie obrosła od jesieni tak bardzo ze jej dach schował sie w botwince buraków a płot zawalił pod ciężarem mirabelek - ot bułgarska katastrofa :)
Pierwsza kaszta (choć ta była drugą) wciąż dokonuje na mnie aktów kieszonkarstwa i pozbawia mnie nadzieji ze kiedys sie zresocjalizuje i przestanie notorycznie detoriować kapitał.
Kwinto: Reksio - czyli mój ułomny Owczarek Graniczny (Border Collie) ślini trawnik czyniąc z niego tor bobslejowy dla moich dzieci lub grzęzawisko dla mrówek-autochtonek ktore zapewne z graniczną śliną ułomnego owczarka nigdy nie miały do czynienia.
I tutaj kładę akcent na PUSZKĘ - dlaczego bowiem ? (Uwaga bedzie retorycznie) bułgarskie firmy produkują żarcie dla psów w 2kg puszkach (po Serbsku to strzelba) jesli nawet dla ułomnego Reksia to porcja mamucia i zamiast służyć jemu, służy tym małym białym larwiakom o sympatycznym imieniu teleportujacym sie do puszki po godzinie inkubacji na słonku - cud natury któremu ulegniemy wszyscy, no moze poza tymi nieekologicznymi lubownikami krematoriow którzy idą w ostatnia drogę na skróty.
Juz po północy a o 5 rano dzida na lotnisko w Burgas - żegnam Was wiec ozięble patrząc na bułgarski termometr uparty na 28 C o 00:27 w nocy :)
Leka Noc :)