28/07/2022
W 2002 roku Lydia Fairchild rozstała się ze swoim partnerem. Oboje mieli już dwójkę dzieci, a dodatkowo kobieta była w kolejnej ciąży. W tej sytuacji postanowiła wystąpić o zasiłek z pomocy społecznej. Aby mogła go otrzymać, musiała oddać do badań próbki DNA. Była to formalność wymagana przez stan Waszyngton, który chciał uzyskać potwierdzenie, że obie osoby naprawdę są rodzicami. Niestety wyniki nie były pomyślne. O ile były partner kobiety faktycznie był biologicznym ojcem dzieci, badanie wykluczyło, by Fairchild mogła być matką.
Tak zaczęły się dość nieprzyjemne kłopoty. Przypadek kobiety trafił do sądu, gdyż była podejrzewana o próbę wyłudzenia publicznych pieniędzy. Zdaniem oskarżycieli albo dobrze wiedziała, że dzieci zostały urodzone przez kogoś innego, albo była surogatką. W tym drugim przypadku świadomie dałaby wprowadzić do swojego organizmu zapłodnioną komórkę jajową innej kobiety. Sąd nie wziął pod uwagę takich dowodów jak akty urodzenia dzieci czy zdjęcia z wcześniejszych lat. Wyniki badań genetycznych były jednoznaczne, zresztą dla pewności wykonano je ponownie. Z tym samym skutkiem.
Fairchild mogła utracić swoje dzieci, ale sędzia postanowił poczekać na zakończenie ciąży. Podczas porodu miał być obecny świadek, a tuż po nim od matki i dziecka zostały pobrane próbki krwi. Wyniki badań DNA pokazały, że w tym przypadku również nie jest ona biologiczną matką. Przełom w sprawie nastąpił, gdy obrońca kobiety znalazł w literaturze medycznej inny, podobny przypadek. Kilka lat wcześniej Karen Keegan potrzebowała przeszczepu nerki. Gdy trzech jej synów poddało się badaniu, czy nadają się na dawców, wyniki okazały się zaskakujące. Wydawało się, że jest ona matką tylko jednego z nich.
W przypadku Keegan kolejne testy podważyły ten wniosek – jednak była rodzicem wszystkich synów. Kobieta okazała się tak zwaną chimerą tetragametyczną. Dwie komórki jajowe jej matki zostały zapłodnione przez dwa plemniki, co zwykle prowadzi do rozwoju bliźniąt dwujajowych. W tym przypadku stało się jednak inaczej i na wczesnym etapie ciąży zygoty połączyły się ze sobą. Później komórki normalnie się dzieliły, aż zamiast dwóch utworzyły tylko jedno dziecko.
Komórki chimery różnią się między sobą pod względem genetycznym – tak, jakby faktycznie należały do dwóch osób. Jej organizm może mieć każde oko w innym kolorze, fragmenty skóry różniące się odcieniem, czy dwie grupy krwi na raz. Część tkanek chimery może nawet zawierać zestaw genów właściwy dla mężczyzny, a część kobiety. W efekcie czasami dochodzi do nietypowego rozwoju narządów płciowych. Zwykle jednak taka osoba wygląda normalnie lub jej chimeryzm objawia się w niezbyt wyraźny sposób.
Na szczęście dla Fairchild wszystko zaczęło się zgadzać po pobraniu próbek od kolejnych członków rodziny. Jej matka była spokrewniona z jej dziećmi w stopniu, jakiego należało się spodziewać po babci i wnukach. W końcu udało się też udowodnić, że kobieta nie oszukiwała, choć zajęło to trochę czasu. Badania krwi, wymazu z policzka, skóry i cebulek włosów dały takie wyniki jak wcześniej. Dopiero DNA pochodzące z komórek szyjki macicy potwierdziło rodzicielstwo Fairchild. Ona również była chimerą.
📷 Zdjęcie: gataquimera / Instagram