17/10/2019
Dziesiąty felieton od Adam Ubertowski!
Z NOTATNIKA KOSMITY
Felieton 10 / Cztery tysiące, czyli teoria niewolnika
Ten felieton jest dość kombinowany – chociaż zamierzam ograniczyć go do rozmiarów kompaktowych, zobaczymy, czy się uda, hehe.
Kombinacja pierwsza polega na tym, że piszę go jeszcze przed wyborami do Parlamentu, natomiast umieszczę na FB po wyborach. Dzięki tej prostej sztuczce uniknę posądzenia o mieszanie wam w politycznych poglądach, zakłócanie ciszy wyborczej czy też przymilanie się nowej (?) Władzy, bo przecież nie wiem, kto wygrał, a kto przegrał. Oczywiście – musicie mi uwierzyć, że tak właśnie było z tym pisaniem, no ale chyba mi wierzycie?
Druga kombinacja to sugestia, że felieton numer 10 można traktować jako uzupełnienie felietonu 09 i dzięki temu zyskać pełne spektrum dorosłości, jeśli uznać jej początek za moment, gdy zaczynamy sami na siebie zarabiać i się utrzymywać. Oczywiście można też tekst potraktować osobno albo go w ogóle nie czytać albo przeczytać po łebkach, tylko po co?
No więc: wy jesteście już po wyborach, gdy czytacie ten tekst, a ja nie znam jeszcze wyniku. Wiem natomiast, że ktokolwiek będzie premierem i kierował całym rządem włącznie z ministrem środowiska nieuchronnie zderzy się z wypieranym do podświadomości mega problemem. I to w mało komfortowych warunkach, bo podobno idzie spowolnienie…
Cóż to za problem? W dodatku mega? Jest tak oczywisty, że uznaliśmy go chyba za niezmienną cechę rzeczywistości w tej części świata.
No bo, uczciwie, wszystko nam się udało. Mamy piękne, nowe, pachnące: autostrady, lotniska, dworce, galerie handlowe, stacje benzynowe, bary i restauracje, samochody, rowery, hulajnogi, ale…
Ale. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam: ALE jest KASOWNIKIEM. Przekreśla to, wszystko, co znajduje się przed nim. Zdanie „Super to zrobiłeś, ale…” oznacza: dałeś ciała!
Otóż, czas leci, minęło nam właśnie 30 lat od czasu zmiany ustroju, więc chcąc nie chcąc dorównaliśmy Zachodniej Europie pod wieloma względami. PKB na osobę to jakieś 70% średniej (minęliśmy Grecję, mijamy Portugalię…), średnia wydajność jest na podobnym poziomie (ale np. w usługach sięga 90%), ceny też niemal-niemal (pamiętacie, jak kiedyś liczyło się na kalkulatorze w Niemczech, ile tam zatankować w drodze powrotnej, by dojechać na ostatnim litrze do pierwszej stacji benzynowej w Polsce😊)…
Tylko pensje jakoś nie chcą się ujednolicić. Tu prawo naczyń połączonych dziwnie nie działa.
Zarabiamy wszyscy za mało. Od prezesa do sprzątaczki i od sprzątaczki do prezesa. Nasz odpowiednik w Niemczech czy Francji dostaje z grubsza to samo w euro, co my w PLN. A ceny j.w. Są wyjątki (informatycy na przykład), ale wyjątki, jak wiadomo…
Najgorsze jest to, że światełka w tunelu nie widać. Majtek na maszcie nie krzyczy „ziemia”. Kula ziemska kręci się, lata mijają, a my wciąż dostajemy dziwnie mało za naszą naprawdę ciężką pracę (według statystyk, tylko w Korei Południowej pracują więcej ☹).
No i cud. Politycy zauważyli ten problem. Przeczytaj poprzednie zdanie jeszcze raz. I jeszcze raz.
To naprawdę cud. Bo klasa próżniacza zamiatała ten problem pod dywan z niezwykłą skrupulatnością. Więc chyba już się nie da. Jest światełko w tunelu, widać z masztu ziemię…
No więc każda z partii wypisała to na swoich sztandarach przedwyborczych, w różny sposób, odmienną czcionką, ale jednak wywlekła to wreszcie na światło dzienne. I się zaczęło…
Najmocniej chyba oberwała – szczególnie ze strony pracodawców – prosta i łatwa w obsłudze propozycja podniesienia pensji minimalnej do 4.000 PLN. Dodam tylko, co zapisano małym drukiem, że chodzi o 4.000 brutto i od roku 2023. Czyli po odliczeniu obciążeń= jakieś 2.800 na rękę, po uwzględnieniu inflacji = jakieś 2.500 na dzisiejsze.
Główny argument na „nie”: że padniemy. Jak aż tyle trzeba będzie płacić ludziom, to plajta pewna. Bo nikt, żadna forma tego nie uniesie.
To ja się wtedy pytam grzecznie: czyli przyznajesz niniejszym, że opierasz swój biznes na zwykłym wałku. Na przekręcie, który się nazywa „wykorzystuję niedoskonałości rynku, by płacić najmniej, ile się da”.
Zróbmy sobie mały eksperyment myślowy.
Gotowi?
Ciach, zmiana prawa i znowu można mieć niewolników. Zwalniam pracowników najemnych i na targu kupuje sobie ludzi na własność. Będą dla mnie pracować od rana do wieczora, wycisnę z nich 101%. No tak. Tylko aby mieli siły, trzeba ich solidnie wykarmić (jedzenie, picie, naczynia, sztućce…). By nie zasypiali na stojąco, trzeba im dać się wyspać (łóżko, dach, ogrzewanie i takie tam…). By można do nich podejść bez zatykania nosa, trzeba by ich umyć raz na jakiś czas (woda, mydło, ręcznik). Kurczę, drogo się robi…
Proste pytanie: sadzisz, że „obsłużysz” niewolnika za 1.600 PLN (dzisiejsza pensja minimalna). Obawiam się, że z wielkim, wielkim, wielkim trudem. No to, ile, się pytam, chciałbyś płacić wolnemu człowiekowi, który daje ci – w sensie zawodowym – całego siebie? Ile trzeba dostać na rękę, by się samemu utrzymać w Twoim Mieście (mieszkanie, jedzenie, ubranie, minimum rozrywki…).
Bo w moim mieście 3.000 netto to wegetacja.
A życie zaczyna się od czterech tysięcy.
Więc nie pytaj „czy”, tylko „jak”. Obniżając koszty pracy na przykład. Lub inną metodą. By dojść do tej magicznej granicy tysiąca Euro. Najlepiej jeszcze w tym miesiącu 😊
Poza tym sądzę, że Nauki Społeczne należy ponownie zjednoczyć!