Soulinvest szkolenia i konsultacje biznesowe

Soulinvest szkolenia i konsultacje biznesowe Szkolenia biznesowe, Evidence Based Learning, Evidence Based Management, Evidence Based Coaching

Dziesiąty felieton od Adam Ubertowski!
17/10/2019

Dziesiąty felieton od Adam Ubertowski!

Z NOTATNIKA KOSMITY

Felieton 10 / Cztery tysiące, czyli teoria niewolnika

Ten felieton jest dość kombinowany – chociaż zamierzam ograniczyć go do rozmiarów kompaktowych, zobaczymy, czy się uda, hehe.

Kombinacja pierwsza polega na tym, że piszę go jeszcze przed wyborami do Parlamentu, natomiast umieszczę na FB po wyborach. Dzięki tej prostej sztuczce uniknę posądzenia o mieszanie wam w politycznych poglądach, zakłócanie ciszy wyborczej czy też przymilanie się nowej (?) Władzy, bo przecież nie wiem, kto wygrał, a kto przegrał. Oczywiście – musicie mi uwierzyć, że tak właśnie było z tym pisaniem, no ale chyba mi wierzycie?

Druga kombinacja to sugestia, że felieton numer 10 można traktować jako uzupełnienie felietonu 09 i dzięki temu zyskać pełne spektrum dorosłości, jeśli uznać jej początek za moment, gdy zaczynamy sami na siebie zarabiać i się utrzymywać. Oczywiście można też tekst potraktować osobno albo go w ogóle nie czytać albo przeczytać po łebkach, tylko po co?

No więc: wy jesteście już po wyborach, gdy czytacie ten tekst, a ja nie znam jeszcze wyniku. Wiem natomiast, że ktokolwiek będzie premierem i kierował całym rządem włącznie z ministrem środowiska nieuchronnie zderzy się z wypieranym do podświadomości mega problemem. I to w mało komfortowych warunkach, bo podobno idzie spowolnienie…

Cóż to za problem? W dodatku mega? Jest tak oczywisty, że uznaliśmy go chyba za niezmienną cechę rzeczywistości w tej części świata.

No bo, uczciwie, wszystko nam się udało. Mamy piękne, nowe, pachnące: autostrady, lotniska, dworce, galerie handlowe, stacje benzynowe, bary i restauracje, samochody, rowery, hulajnogi, ale…

Ale. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam: ALE jest KASOWNIKIEM. Przekreśla to, wszystko, co znajduje się przed nim. Zdanie „Super to zrobiłeś, ale…” oznacza: dałeś ciała!

Otóż, czas leci, minęło nam właśnie 30 lat od czasu zmiany ustroju, więc chcąc nie chcąc dorównaliśmy Zachodniej Europie pod wieloma względami. PKB na osobę to jakieś 70% średniej (minęliśmy Grecję, mijamy Portugalię…), średnia wydajność jest na podobnym poziomie (ale np. w usługach sięga 90%), ceny też niemal-niemal (pamiętacie, jak kiedyś liczyło się na kalkulatorze w Niemczech, ile tam zatankować w drodze powrotnej, by dojechać na ostatnim litrze do pierwszej stacji benzynowej w Polsce😊)…

Tylko pensje jakoś nie chcą się ujednolicić. Tu prawo naczyń połączonych dziwnie nie działa.

Zarabiamy wszyscy za mało. Od prezesa do sprzątaczki i od sprzątaczki do prezesa. Nasz odpowiednik w Niemczech czy Francji dostaje z grubsza to samo w euro, co my w PLN. A ceny j.w. Są wyjątki (informatycy na przykład), ale wyjątki, jak wiadomo…

Najgorsze jest to, że światełka w tunelu nie widać. Majtek na maszcie nie krzyczy „ziemia”. Kula ziemska kręci się, lata mijają, a my wciąż dostajemy dziwnie mało za naszą naprawdę ciężką pracę (według statystyk, tylko w Korei Południowej pracują więcej ☹).

No i cud. Politycy zauważyli ten problem. Przeczytaj poprzednie zdanie jeszcze raz. I jeszcze raz.

To naprawdę cud. Bo klasa próżniacza zamiatała ten problem pod dywan z niezwykłą skrupulatnością. Więc chyba już się nie da. Jest światełko w tunelu, widać z masztu ziemię…

No więc każda z partii wypisała to na swoich sztandarach przedwyborczych, w różny sposób, odmienną czcionką, ale jednak wywlekła to wreszcie na światło dzienne. I się zaczęło…

Najmocniej chyba oberwała – szczególnie ze strony pracodawców – prosta i łatwa w obsłudze propozycja podniesienia pensji minimalnej do 4.000 PLN. Dodam tylko, co zapisano małym drukiem, że chodzi o 4.000 brutto i od roku 2023. Czyli po odliczeniu obciążeń= jakieś 2.800 na rękę, po uwzględnieniu inflacji = jakieś 2.500 na dzisiejsze.

Główny argument na „nie”: że padniemy. Jak aż tyle trzeba będzie płacić ludziom, to plajta pewna. Bo nikt, żadna forma tego nie uniesie.

To ja się wtedy pytam grzecznie: czyli przyznajesz niniejszym, że opierasz swój biznes na zwykłym wałku. Na przekręcie, który się nazywa „wykorzystuję niedoskonałości rynku, by płacić najmniej, ile się da”.

Zróbmy sobie mały eksperyment myślowy.

Gotowi?

Ciach, zmiana prawa i znowu można mieć niewolników. Zwalniam pracowników najemnych i na targu kupuje sobie ludzi na własność. Będą dla mnie pracować od rana do wieczora, wycisnę z nich 101%. No tak. Tylko aby mieli siły, trzeba ich solidnie wykarmić (jedzenie, picie, naczynia, sztućce…). By nie zasypiali na stojąco, trzeba im dać się wyspać (łóżko, dach, ogrzewanie i takie tam…). By można do nich podejść bez zatykania nosa, trzeba by ich umyć raz na jakiś czas (woda, mydło, ręcznik). Kurczę, drogo się robi…

Proste pytanie: sadzisz, że „obsłużysz” niewolnika za 1.600 PLN (dzisiejsza pensja minimalna). Obawiam się, że z wielkim, wielkim, wielkim trudem. No to, ile, się pytam, chciałbyś płacić wolnemu człowiekowi, który daje ci – w sensie zawodowym – całego siebie? Ile trzeba dostać na rękę, by się samemu utrzymać w Twoim Mieście (mieszkanie, jedzenie, ubranie, minimum rozrywki…).
Bo w moim mieście 3.000 netto to wegetacja.

A życie zaczyna się od czterech tysięcy.

Więc nie pytaj „czy”, tylko „jak”. Obniżając koszty pracy na przykład. Lub inną metodą. By dojść do tej magicznej granicy tysiąca Euro. Najlepiej jeszcze w tym miesiącu 😊

Poza tym sądzę, że Nauki Społeczne należy ponownie zjednoczyć!

Polecamy kolejny felieton autorstwa Adam Ubertowski!📖
18/09/2019

Polecamy kolejny felieton autorstwa Adam Ubertowski!📖

Z NOTATNIKA KOSMITY

Felieton 09 / Czas pochować Bismarcka

Dziś powrócimy do źródeł, czyli zgodnie z nad-tytułem naszego cyklu spojrzymy na rzeczywistość okiem kosmity. I będzie tzw. małe zdziwko.

Będzie też grubo, ostrzegam, dlatego osoby o słabych nerwach proszę o zaprzestanie lektury w tym miejscu (tutaj), a wszystkie inne informuję, że czytają to na własną odpowiedzialność, a więc autor nie odpowiada za ewentualne nerwowe reakcje, z atakiem szału włącznie. Spodziewam się bowiem, że moja niewinna idea, wyrażona w kilku zdaniach poniżej, wywoła żywiołowe odpowiedzi czytelników, może nawet padną ciężkie słowa pod moim adresem, obelgi, groźby karalne, a kto wie, może wybuchnie jakiś mały lokalny konflikt zbrojny?

Krótko mówiąc spodziewam się, że może być niemiło. Ale nie mogę już dalej odwlekać tego tematu, udawać, że nie ma problemu, chować głowę w piasek, mówić „o samolot” i szukać stu innych sposobów ucieczki od rzeczywistości, w sytuacji, gdy doskonale widzę problem. A właściwie całą plątaninę wzajemnie powiązanych problemów. I co najważniejsze – dotyczą one nas wszystkich, bez wyjątku. No chyba, że ktoś będzie miał wątpliwe szczęście i tego nie dożyje.

Rozejrzyjcie się dookoła. Samochody, autostrady, samoloty, smartfony w ręku, prąd w każdym domu jest oczywistością i wszystko, co ta niewidzialna siłą napędza: telewizor, pralka, lodówka… Niemal wszystkie techniczne rozwiązania mają co najwyżej stuletnią historię albo zostały w tym czasie sto razy zmodernizowane. A jednak oplatają nas systemy, które przekazywano niemal niezmienione z rąk do rąk przez ładnych kilka pokoleń.

Bismarck kojarzy się nam Polakom raczej mrocznie jako „Żelazny kanclerz”, który chciał nas zniemczyć i ogólnie upodlić, szczególnie pewnego cwanego Drzymałę. Był niemal faszystą i gdyby mógł, to na pewno zapisałby się do SS i Hitlerjugend jednocześnie. Była w tym może odrobina prawdy, ale świat zapamiętał go przede wszystkim jako twórcę pierwszego spójnego i efektywnego systemu socjalnego. Pragnął przywiązać obywateli zjednoczonych Niemiec do państwa, osłabić odśrodkowe siły, szczególnie wpływ tradycyjnej rodziny, socjalistów i anarchistów, a może przy tym był w głębi duszy dobrym człowiekiem i chciał ludziom zrobić dobrze (😊). W latach osiemdziesiątych XIX wieku (czyli jakieś 130 lat temu) wprowadził spójny i powszechny system rent i emerytur, który skopiował cały świat, w tym Polska. I system ten, bez większych zmian działa do dzisiaj, czyli przeżył dwie wojny światowe, rewolucje i kontrrewolucje oraz setki pomniejszych imprez, w tym 21 piłkarskich mundiali. Z tamtego świata nie ocalało prawie nic. A emerytura a’ la Bismarck trzyma się dzielnie.

Wówczas to było rozwiązanie rewolucyjne, genialne w swej prostocie i skuteczności, wyprzedzające epokę. To tak, jakby Niemcy polecieli wtedy w kosmos, z pominięciem fazy dwupłatowych samolocików. Ale dzisiaj? To nawet nie jest wóz konny, cep, sierp, koło podsiębierne. Kompletny staroć, bibelot z muzeum. Spójrzmy tylko na jeden parametr. Emerytura w roku 1889 przysługiwała osobom, które skończyły 70 lat (w roku 1916 obniżono do 65 lat). W tamtych realiach długości życia 70-ka to dzisiejsze 120 lat. Albo lepiej.

To prawda, próbowano majstrować przy systemie. I sami widzieliście, co wyszło. Szczególnie namiętnie majstrowano w Chile i w Polsce. Mniej więcej z tym samym skutkiem. Pamiętacie OFE? Bo ja tak, nie wkurzaj mnie Ubertowski! Albo pomysł z podwyższeniem wieku emerytalnego? Zakładam się o miliard, że NIKT nie odważy się do tego powrócić. Bo wymieńcie mi trzy zawody, które można efektywnie wykonywać po 65 roku życia? Polityk, polityk, polityk.

Obecny system emerytalny, oprócz tego, że jest potwornie kosztowny i w praktyce już niewykonalny (ZUS to, powiedzmy sobie szczerze, bankrut) przede wszystkim jest okrutnie niesprawiedliwy. Tak, tak. Ile dowodów osobistych dostajecie od państwa? Paszportów? Głosów na wyborach? Łóżek w szpitalu? A jak się wam noga podwinie i traficie na bezrobocie, to co? Każdy dostaje po równo. A czy renta jest wyliczana proporcjonalnie do zarobków minionych lat?

To, dlaczego, pytam, z emeryturami jest inaczej? Przenoszą na ostatnie lata życia efekty fuksa/pecha, które towarzyszyły nam przez całe zawodowe życie. Jak ktoś miał szczęście i urodził się w dużym mieście, w zamożnej rodzinie, otrzymał dobre wykształcenie i poznał w szkole i na studiach odpowiednich kolegów, to całe życie miał z górki, zarabiał solidnie i tak samą solidną będzie miał emeryturkę. A jak ktoś miał pecha i trafiła mu się asocjalna rodzinka w bezimiennej miejscowości, prawie na pewno całe życie walczył o przeżycie. I tak samo pod górkę będzie miał do ostatniego tchnienia.

Na szczęście (?) sytuacja zmienia się na niekorzyść niemal wszystkich nas. Dostaliście od ZUS informację o szacunkowej wielkości emerytury? Ile tam było? 800 złotych? 1000? 1200? To masz szczęście…

Bomba tyka i niedługo wybuchnie nam wszystkim w rękach. Powinni ją rozbroić politycy, ale oni są zajęci swoimi sprawami. A ponieważ przyszłe emerytury nie wpływają zasadniczo na wyniki dzisiejszych wyborów, to…

Co robić, co robić.

Mój pomysł jest prosty. A w prostocie siła. Emerytura obywatelska. Równa dla wszystkich. Jak jeden głos w wyborach. I 4.000 PLN na pogrzeb.

Po przekroczeniu 65 roku życia (granica do uzgodnienia, ale jakoś około tego chyba?) każdy obywatel Polski, niezależnie od zasług i przewinień, wieloletni prezes spółek skarbu Państwa i wielokrotny recydywista, wysoki i niski, anorektyk i dumny posiadacz BMI 35+, każdy bez wyjątku otrzymuje na rękę określoną kwotę netto, bez podatku (wielkość do dyskusji, można ją powiązać z minimalną pensją, o czym w kolejnym Kosmicie).

Jak obywatel emeryt chce i ma siły i możliwości, to może sobie jeszcze dorabiać. Ale jak nie, to ma dość kasy, by wreszcie nic nie robić.

Proste, jasne i jakie tanie w użyciu. A że niesprawiedliwe? Bo ktoś całe życie odkładał sobie składki? Właśnie, że to jest dopiero sprawiedliwe. Jak ktoś – umówmy się, nierzadko nie z powodu wyjątkowych kompetencji – miał dobrze płatną pracę, to miał też sposobność coś tam sobie odłożyć na boku. Że płacił większe, niż inni składki na ZUS? To co? Należą mu się jakieś przywileje? Płacił też PIT większy niż inni i co? Miał mieć dzięki temu nie jeden, a 100 głosów na wyborach? Płacił też zapewne większą akcyzę. I co? Miał dostawać w nagrodę alkohol nie 40, a 80-procentowy?

John Rawls, jeden z największych filozofów politycznych (dla jasności: uważany za LIBERAŁA), zaproponował prosty intelektualny eksperyment, nazwany „zasłoną niewiedzy”. Wyobraźcie sobie, że nie wiesz, w jakim miejscu się urodzisz, w jakiej rodzinie, z jakimi szansami życiowymi. Jaki wtedy powinien być system społeczno-ekonomiczny, w tym system emerytalny? Czy przypadkiem nie wybralibyście proponowanej emerytury obywatelskiej? Bo niezależnie od tego, jaki mielibyście start, czy w rodzinie miliardera czy w domu dziecka, przynajmniej ostatnie lata życia przeżylibyście godnie i bez napinki.

Są jakieś pytania? Hę?

Poza tym sądzę, że Nauki Społeczne należy ponownie zjednoczyć!

Kolejny felieton od Adam Ubertowski! Zapraszamy do czytania😃
14/08/2019

Kolejny felieton od Adam Ubertowski! Zapraszamy do czytania😃

Z NOTATNIKA KOSMITY

Felieton 08 / Pochwała nic-nierobienia

Tak jak każdy uczciwy miś, który najada się na zapas i zasypia na zimę, tak ja, może całkiem nie zasypiam, ale zwykle w tej porze letniej wchodzę w okres solidnego spowolnienia.

W branży szkoleniowo-doradczej, w której ulokowałem największą część mojej aktywności zawodowej, to okres w zasadzie martwy. My doradco-szkoleniowcy żyjemy mniej więcej w tym samym rytmie, co nauczyciele akademiccy, i w zbliżonym na przykład do instruktorów narciarskich i producentów skrobaczek do szyb samochodowych. Moglibyśmy oczywiście udawać, że jesteśmy okrutnie zarobieni, przychodzić do biura, odpalać komputer i sprawdzać co minutę kursy walut albo stan sinic w Zatoce Gdańskiej, sam kiedyś tak robiłem, ale wreszcie dotarło do mnie: po co.

I kiedy tak myślę sobie o tamtych czasach i zaczynam myśleć szerzej, w sensie czasowym, dochodzę do wniosku, że przeróżni trenerzy osobiści, mentalni i rozwoju osobistego, w tym niestety paru moich kolegów z branży, ale też Ania Lewandowska (jakoś tak poczułem przyzwolenie do zwracania się na „ty”) oraz pani Chodakowska (nie poczułem przyzwolenia), wszyscy oni, oprócz tego, że zrobili naprawdę dużo dobrego i zmusili moich rodaków do wstania z kanapy (czy to cieleśnie czy to mentalnie), zrobili też dużo złego. Wmówili bowiem wszystkim, że trzeba żyć tak, jak by dzisiejszy dzień był twoim dniem ostatnim. A nawet gorzej – bo ostatni dzień życia każdy z nas pewnie chciałby spędzić inaczej, w Paryżu albo na swojej działce, obżerając się ulubioną pizzą albo jedząc ostrygi, śpiąc, ile się da albo oglądając wschód i zachód słońca – wmówili nam, że trzeba podejść do każdego dnia, każdego dnia po kolei, poniedziałku, wtorku, środy…, jakbyśmy właśnie dziś rozgrywali najważniejszy mecz w życiu.

Z racji wykonywanego zawodu – ale też pewnego skrzywienia osobowościowego – mam przeróżnych kolegów, ziomów i przyjaciół, nie zamykam się w żadnym homogenicznym kręgu. Jak spojrzę na listę moich znajomych na FB, na przykład, to nie widzę w tym żadnego klucza doboru, są osoby tak przeróżne, że gdybym je posadził obok siebie, to przez godzinę by milczeli, nie bardzo wiedząc o czym tu gadać, a potem każdy z nich osobna podszedłby do mnie i szepnął na ucho o tym drugim: „to jakiś kosmita jest”.

No więc mając tak wielu różnych znajomych mogę zaspokoić swoją socjologiczną ciekawość (nie mylić z socjopatyczną) i zobaczyć, co tam robią i co myślą teraz tak różni z definicji ludzie. I wiecie, co was wszystkich łączy? Dzieli czasem wszystko – wzrost, wiek, płeć, miejsce zamieszkania, stan konta, wykształcenie, ilość dzieci, opinia o wpływie 500+ na rynek pracy, stopień poparcia dla płaskoziemców… - ale jest coś, co was łączy? Co takiego?

Może obrażę teraz ze dwie osoby, góra, ale i w to wątpię.

Otóż daliście sobie wmówić, między innymi Ani Lewandowskiej, że życie jest zbyt krótkie, by móc sobie pozwalać na wytchnienie. Jest tyle krajów do zwiedzenia, tyle firm do obskoczenia, tyle filmów na Netflixie, samochodów do wypróbowania, butów w szafie, rękawiczek, szalików, T-shirtów (sam odkryłem wczoraj kilka nie noszonych), potraw do spróbowania, że nie ma czasu na obijanie się, bo i tak czasu zabraknie.

Widzę więc rano – nie obrażając nikogo – jak ktoś, kto idzie sobie jak co dzień z teczką do biura, życzy innym, by to właśnie dzisiaj zdobyli świat. Sportowcy życzą, by to właśnie dziś…, handlowcy wierzą, że sukces…, wszystkich przebijają zaś ci, którzy jada na kolejne szkolenie motywacyjne, przekonani, że dziś odmieni się ich życie…

Z jednej strony jest to kolejny dowód na to, że żyjemy w najbardziej narcystycznej epoce w historii – nigdy tak duży odsetek populacji nie miał przekonania o własnej wyjątkowości. Bo właściwie, dlaczego mam osiągnąć coś niezwykłego, skoro w istocie jestem zwykłym człowiekiem? No właśnie – świat (komercyjny, ale nie tylko) wyszedł temu naprzeciw i powstały całe kombinaty służące temu, byś poczuł się dobrze (znaczy się, wyjątkowo). Kiedyś aktor i reżyser to były nazwy elitarnych zawodów, dzisiaj, proszę bardzo, walnij sobie filmik z telefonu, zamieść na Youtube i ciach jesteś gwiazdą. Kiedyś słowo „pisarz” (pamiętam to jeszcze) wywoływało ciszę na sali, teraz pisać każdy może, na blogu na przykład, a wydanie książki to parę tysi, a nawet jak się nie ma to, że dobrzy ludzie w necie się złożą. Nie udało się pojechać na Olimpiadę, nic straconego, mamy ofertę dla pół, ćwierć i 1/32-wyczynowców. Możesz sobie przebiec maraton w pięć godzin (szybko idąc zdrowy w nogach człowiek to zrobi), a jak nie dasz rady, to mamy pół-maraton, a jak i to za trudne to bieg na 10 km i na 5 km (zdrowy człowiek powinien to przeczłapać bez żadnego przygotowania).

Będąc na zawodach, na których staruję, obliczyłem, że gdyby chcieć obsadzić same tylko podia w każdej męskiej kategorii wiekowej, wagowej we wszystkich dyscyplinach, musiałoby przyjechać grubo ponad tysiąc chłopa. Przyjeżdża (i tak) kilkuset, więc czasem jest ciężko wywalczyć medal (przeżyłem to), ale oczywiście są kategorie (np. powyżej 70 lat albo 140 kilo), gdzie wystarczy być i ma się złoty medal. Można? Można! A jak to poprawia humor.😊

I tu dochodzimy do drugiego aspektu.

Całą ta pogoń za „dzisiaj-dzisiaj” to proste przeniesienie mechanizmu ze sportu do życia „cywilnego”. Nieuprawnione, bezsensowne, już tłumaczę.

Po pierwsze – kariera sportowa, szczególnie jej szczytowa, mistrzowska faza, trwa krótko, zwykle kilka lat. Można od biedy się sprężyć, by między 22 a 28 rokiem życia odmawiać sobie wszystkiego dla zdobycia złotego medalu olimpijskiego. Ale nie można od siebie wymagać tego przez 74 lata (średnia długość życia mężczyzn w Polsce).

Po drugie – nawet sportowcy nie zasuwają na maksa każdego dnia, nie próbują znokautować każdym ciosem, strzelić „w okno” z każdej pozycji. Nawet oni czasem/często odpuszczają, pozwalają sobie mieć słabszy dzień, a nawet są tacy trenerzy, którzy kupują swoi zawodników po jednym (alkoholowym) piwku po udanym meczu.

Mój wieloletni trener Jan Łuka jest wprawdzie innego zdania, uważa, że tzw. roztrenowanie to przesąd i miejska legenda, bo on nigdy nie odpoczywał. Ale już dawno ustaliliśmy, że pan Janek nie urodził się na Ziemi (twierdzi, że koło Żywca), tylko na planecie Krypton, tak jak pewien amerykański bohater na S.

I po trzecie – mnie jest łatwiej, bo jestem świeżo po egzaminie z filozofii starożytnej (pierwszy raz zdawałem egzamin przez internet, godzina prawdziwej napinki, się pochwalę: 90% zaliczone) – ale jeśli kiedyś Arystoteles z Epikurem i innymi przeniosą się w czasie, chwycą się za głowę, urwą sobie te głowy z rozpaczy, gdy zobaczą, co ludzkość ze sobą porobiła. Bo czemu to wszystko niby ma służyć? Ta pogoń za celem, intensyfikowanie każdego dnia do granic możliwości? Rozumiem, że na końcu mamy osiągnąć szczęście? A przecież już starożytni wiedzieli – którzy, dla przypomnienia nie słyszeli o Amerykach i penicylinie – że szczęście trzeba odszukać w sobie i raczej poprzez redukowanie oczekiwań, a nie ich pomnażanie w nieskończoność.

I żeby nie było, że trzeba być takim mądrym Adasiem, jakim jestem teraz, po latach obcowania z mądrzejszymi od siebie i wchłaniania ich pomysłów: gdy tylko założyłem swoją firmę, dwadzieścia lat temu, wprowadziłem zasadę „Nie przemęczaj się w poniedziałek!” (w domyśle, bo ci sił nie starczy do końca tygodnia). Jagoda! Tak było, prawda? Potwierdź proszę!!!

Odnajdźcie swoją własną, podobną i stosujcie ją, oczywiście z umiarem (starożytni!), czego Wam życzę, sam leżąc i nic nie robiąc w ten letni czas, bo oczywiście ten felieton sam się napisał. 😊

Poza tym sądzę, że Nauki Społeczne należy ponownie zjednoczyć!

Kolejny felieton od Adam Ubertowski👏🏼
18/07/2019

Kolejny felieton od Adam Ubertowski👏🏼

Z NOTATNIKA KOSMITY

Felieton 07 / Krzywe czasu

Od czasu Einsteina wiadomo powszechnie, że czas jest pojęciem dość subiektywnym. Co prawda nie potrafię wytłumaczyć teorii względności nawet w dość dużym przybliżeniu, nie znam też nikogo, kto tak naprawdę wie, o co w niej chodzi, co więcej, chodzą słuchy, że sam Einstein nie do końca to ogarniał, niemniej nikt już dzisiaj nie sądzi naiwnie, że zegar wiszący na ścianie – nawet najbardziej solidny, bo po-babciny – wskazuje czas, który dla wszystkich oznacza to samo.

Odkrycie Einsteina niedawno okazało się bardzo praktyczne i przydatne. Pozwoliło mi bowiem wyjść z głębokiej depresji, wywołanej statusem piłkarzy. Otóż, skrycie, ale bezwzględnie zazdroszczę im kasy, sławy i przede wszystkim tych kosmicznych stworów, zwanych WAGS, które się na nich uwieszają. No bo chyba każdy normalny człowiek chciałby mieć drobne pół miliona tygodniówki, nie płacić za rachunki w knajpach i bujać się z dziewczyną z ustami na pół twarzy. Ja jestem w każdym razie normalny, jak się okazuje: bo bym chciał. A ponieważ nie mam ani tego, ani tego, ani tego, zanurzyłem się w oparach frustracji.

I nagle mi przeszło.

Bo odkryłem, że taki piłkarz wcale nie ma fajnie. Mianowicie: czas płynie dla niego inaczej = szybciej! Co mu z wielgachnych ust, mega kasy i jedzenia za darmo, skoro starzeje się szybciej. I to dużo szybciej. Zadałem sobie nawet trud i odkryłem wzór, wedle którego czas sportowca biegnie – zależnie od uprawianej dyscypliny – od trzech do pięciu razy szybciej. Czyli dwa lata to dekada, a pięć lat to już cała wieczność. Więc jeśli ktoś mówi, że przecież ten piłkarz jeszcze na poprzednich Mistrzostwach Europy (2016, przypominam) grał cudnie i co z nim się stało, że teraz gra taki piach, to tak jakby spotkał na ulicy dawno nie widzianego kolegę, do którego kiedyś wzdychały wszystkie koleżanki, a teraz brzuszek, łysinka, siwizna i ogólna miernota. No tak, ale przecież, tamtego faceta już nie ma. To było piętnaście lat temu…

Czas wariuje jednak także w drugą stronę.

Przymierzam się do poprowadzenia cyklu szlachetnych z założenia szkoleń z nośnym tytułem „Szpital oczami pacjenta”. Jak pewnie wiecie, mam pewne doświadczenie w tej kwestii, naoglądałem się w minionych latach szpitalnej rzeczywistości głównie z pozycji leżącej, a mój status jako eksperta został ostatecznie przypieczętowany faktem, że poważne japońskie pismo medyczne ma zamieścić cały duży artykuł o mojej nodze, tej lewej. Biorąc to pod uwagę, oraz to, że lubię sobie pogadać, poproszono mnie o przygotowanie zgrabnej pogadanki o przyczynach nieporozumień, prowadzących do poważnych nieraz konfliktów na linii leczący-leczeni. Będę wiec mówił o błędach w komunikacji, chorobie zawodowej służby zdrowia, czyli o wypaleniu zawodowych, o kilku jeszcze innych aspektach. Powiem też o czasie.

Bo jeśli ktoś był w szpitalu tylko jako gość niedzielny albo z zawodowego obowiązku, nie ma pojęcia o tym, czym jest czas dla pacjenta. Tak jak dla sportowca biegnie on pięć razy szybciej, tak dla chorego spowalnia siedmiokrotnie. Dzień to tydzień, tydzień to wieczność, pojęcia „miesiąc” albo tym bardziej „rok” żaden pacjent nie ma w słowniku. Kiedy więc lekarz mówi do chorego „jutro jednak pan nie wyjdzie, ale za trzy dni już na pewno”, nie może się dziwić, że ten ma minę, jakby usłyszał pięcioletni wyrok ciężkich robót. A niewinny tekścik „poleży pan sobie tydzień i wyzdrowieje” może być odczytany dosłownie: „nie wyjdziesz stąd już nigdy”.

Takie to zabawy wyprawia czas z naszym mózgiem.

Przyspiesza, spowalnia. Niemal tak samo rzadko jak pociąg PKP, biegnie zgodnie z rozkładem.

Skraca i tak już krótką sportową karierę. I wydłuża niepotrzebnie szpitalne cierpienia.

Poza tym sądzę, że Nauki Społeczne należy ponownie zjednoczyć.

Nowy felieton już dostępny u Adam Ubertowski!📖
28/05/2019

Nowy felieton już dostępny u Adam Ubertowski!📖

Z NOTATNIKA KOSMITY

Felieton 06 / Wybory, czyli dorosłe dzieci

Felieton ten napisałem na osobiste życzenie naszej uważnej Czytelniczki Ani Sibilskiej, brawa!!!, co nie znaczy, że bym go nigdy nie napisał, na przykład pod wpływem wyniku wyborów do Parlamentu Europejskiego czy prezydenckich na Ukrainie, jak też przezabawnych komentarzy publikowanych przez uroczych amatorów nauk społecznych. Uprzedzam też uczciwie, że tekst ten jest ciut mniej lajtowy od poprzednich, jego lektura wymaga więc szczególnego rodzaju skupienia, a najlepiej też pokrzepienia się przed lekturą kawą lub innym specyfikiem, który, cytując klasyka, wzmacnia umysł na 12 pacierzy.

Otóż.

Nic mnie tak nie dziwi, jak to, że rzeczy dość oczywiste jeszcze niedawno wcale takie nie były.

Tym bardziej więc dziwi mnie to, że jeszcze dzisiaj zdarzają się takie rzeczy.

Ale po kolei.

Nie wiem, na ile zdajecie sobie sprawę, że dzisiejsze pojęcie „dziecko” stanowiło niebyt jeszcze całkiem niedawno, za czasów naszych, niech policzę, pra-pradziadków. To znaczy, uspokajam, dzieci jako takie były zawsze, nawet z grubsza podobne do dzisiejszych, ale dorośli nie traktowali ich tak jak dzisiaj traktuje się dzieci, bo niby skąd mogli to wiedzieć, skoro dziecio-logia w praktyce nie istniała, światli ludzie woleli zajmować się metafizyką, astronomią albo alchemią, a taki dziadzio Piaget, którym katowano mnie na psychologii rozwojowej nie był jeszcze rozpisany w boskim planie. Nie istniała świadomość, że dziecko to stworzenie o odmiennej naturze od dorosłego, pod każdym niemal względem różne, prawie jak obcy gatunek. Więc dzieci traktowano po prostu jak „pół-dorosłych”, bezużyteczne chwilowo stworzenie, które trzeba karmić, dopóki nie urośnie na tyle, by je wydać za mąż (przypomnę, że nawet Królowa Jadwiga została wydana za starucha Jagiełłę w wieku lat 13) albo wyposażyć w kosę lub igłę do szycia (Szewczyk Dratewka, pamiętacie?), by mogło wreszcie zarabiać na siebie. W tamtych czasach tak zwane „dzieciństwo” nie było więc, jak dzisiaj, radosnym okresem pełnym psot, fikołków i przygód u boku Pippi Langstrumpf, Bolka i Lolka oraz dzieci z Bullerbyn. Wtedy nawet król Maciuś Pierwszy miał życie dość depresyjne, co więc dopiero przeżywały zwykłe dzieci, karmione resztkami ze stołu, upychane w kącie łóżka, wiecznie bose i smagane północno-zachodnim wichrem. Nic więc dziwnego, że wszyscy, w tym także dzieci, wypatrywali momentu wkroczenia w dorosłość niczym gwiazdki betlejemskiej na niebie.

Ach, być wreszcie dorosłym, czyli rozumnym i myślącym reprezentantem Homo Sapiens. Tak przecież nazywa się nasz gatunek. Poczytajcie w Wikipedii. To nasza nazwa naukowa. Występuje na wszystkich kontynentach. Długość życia: 79 lat. Szybkość: 45 km/h (maksimum, w biegu). Wzrost: Samiec 1,7, samica 1,6.

To, że „homo” uprawia „sapiens” 24 godziny na dobę to jak kartezjański punkt oparcia („cogito ergo sum”), na tym fundamencie zbudowano wszystkie modele społeczne, ekonomiczne, łącznie z utopiami socjalizmu, komunizmu, faszyzmu i neoliberalizmu, od Arystotelesa i Platona, poprzez Hobbesa i Locke’a po Adama Smitha (nie mylić z Willem), Miltona Friedmana i naszego Leszka Balcerowicza. Człowiek dorosły, osobnik w pełni rozwinięty psychofizycznie, jako przedstawiciel gatunku homo sapiens myśli logicznie, czyli dokonuje racjonalnych wyborów, najlepszych dla siebie i swojej społeczności. Na tym oparte jest niemal wszystko, co nas otacza, w szczególności idea wolnego rynku, system demokratyczny i organizacja ruchu na drogach, z policjantami wyskakującymi z krzaków, by wlepić mandacik za przekroczenie dozwolonej prędkości.

Że coś tu nie gra, wyczuwano chyba od zawsze. Taka miłość, na przykład. Zawsze była dla nas TAJEMNICĄ. To dlatego poświęcono jej tak dużą część ludzkiej twórczości. Nie ma chyba lepszej metafory tego uczucia niż napój miłosny wypity przypadkiem przez Tristana i Izoldę, co stało się początkiem ich tragicznej historii. Bo kocha się przecież nie „DLATEGO, że” tylko: wbrew wszystkiemu.

A czy prawdziwa przyjaźń jest od tego tak bardzo odległa? A uczucia religijne? A polityczne sympatie?

Co łączy tak fundamentalne wybory jak miłość, przyjaźń, określona religia czy partia polityczna? Co?

To, że wybór jest poza naszym rozumem! Czyż to nie pachnie dzieciństwem, na kilometr?

Oczywiście – próbujemy mniej lub bardziej racjonalnie wytłumaczyć swoje „decyzje”. Kocham ją/jego, bo…, przyjaźnię się z nim/z nią, ponieważ…, chodzę do tego kościoła i wybieram tę partię z uwagi na…, ale to przecież dziecinada, czyli pitu-pitu zwane także bla-bla-bla.

Wydawać by się mogło, że wiarę w naszą dorosłą racjonalność złamali już Freud i jego pogrobowcy. Kilka kolejnych kopniaków leżącemu dołożyła cała plejada specjalistów od gmerania w ludzkiej duszy, a ostateczny osikowy kołek wbili tej bajeczce nobliści Kahneman, Tversky i Thaler, którzy udowodnili, że my nawet wartości „stówki” obiektywnie nie jesteśmy w stanie oszacować, bo to zależy czy to „stówka” znaleziona czy zgubiona…

A jednak wciąż się dziwimy ludzkim wyborom. „Tego się nie da ogarnąć rozumem”, zakrzyknął pewien dyżurny artysta-intelektualista. Czyżby? Czyżby rozum miał tu coś do rzeczy?

(Żeby nie zabrnąć w polsko-polskie wojenki posłużę się sąsiedzkim przypadkiem, nieodległym zbytnio od naszej przypadłości, bo też opisane mechanizmy są dość podobne, zawsze i wszędzie.)

Dziwimy się, że ludzie wybrali na prezydenta zawodowego komika, który polityką zajął się pół roku temu i wystarczyło, że coś-tam naobiecywał i lud łyknął to jak pelikan, zupełnie jakby to były dzieci, którym rozrzucił cukierki, a nie stało się to w odległym i egzotycznym Saint Kitts i Nevis, tylko tuż za miedzą!

Otóż, jako członek elitarnego koła samozwańczych ekspertów Wszech-Nauk-Społecznych, spróbuję jakoś to wyjaśnić.

W czasach nam bardzo odległych (w drugiej połowie XX wieku) wpajano politykom i politologom, że najskuteczniejszy jest tzw. dwutorowy model perswazji. A więc, najpierw należy uderzyć w wyborcę argumentem logicznym i racjonalnym, czyli „dorosłym” (tzw. tor centralny), a potem, najlepiej po koniec kampanii, przerzucić się na tzw. tor peryferyjny, czyli emocjonalny. I walić w system nerwowy jak w bęben. Straszyć dzieci Czarną Wołgą.

Ale to było dawno i nieprawda. Czy to się komuś podoba, czy też nie: żyjemy w epoce POST-truth, tor centralny to przeżytek, zbędny koszt i strata czasu a nowy Prezydent Ukrainy po prostu doskonale odnalazł się w tej konwencji, mistrzowsko zatarł granice pomiędzy prawdą i bajką. W dzisiejszych czasach, gdy nie ma już nic pewnego, gdy nie obowiązuje już porzekadło „nie ma darmowych obiadów”, gdy wyznawcy Modern Money Theory nauczają, że rząd zawsze może sobie dodrukować pieniądze stosownie do potrzeb, gdy najdalsza perspektywa polityczna to dwa-trzy lata, ktoś jeszcze przejmuje się tym, co znajduje się za horyzontem?

I pomyśleć, że w poważnych (z założenia) gazetach, poważni (sądząc po minie) publicyści, którzy najwyraźniej przesypiali zajęcia z psychologii, a zanadto przejęli się statystyką i ekonometrią, oburzają się na to, że wyborcy nie są dostatecznie dorośli: zamiast dokonywać wyborów z powagą godną męża stanu z czasów wczesnego Bismarcka, zachowują się jak małe dzieci ze słynnego eksperymentu Mischela (Owca, pozdrawiam), które w zdecydowanej większości wolały od razu zjeść swoją piankę marshmallow, niż poczekać kwadrans, by w nagrodę otrzymać drugą.

Boszszsz, jak zawołałaby zapewne moja przyjaciółka Karolina, zwana przeze mnie pieszczotliwie Karolem, której to nigdy nie widziałem na oczy i znam ją tylko z netu, a mimo to nazywam przyjaciółką, no może nie przez duże pe, ale jednak przyjaciółką, a nie znajomą, koleżanką albo ziomem, bo ja byłem sprytny i omijałem szerokim łukiem statystykę i ekonometrię, za to pilnie studiowałem psychologię we wszystkich jej odmianach, więc teraz przynajmniej wiem, że przyjaciół się nie WYBIERA.

I dlatego dzisiaj zamiast parakatońskiego zawołania na koniec mojego wystąpienia nie napiszę:

POZA TYM sądzę,

Tylko: DLATEGO WŁASNIE sadzę, że Nauki Społeczne należy ponownie zjednoczyć!

Adres

Ulica Świętojańska 79/4
Gdynia
81-389

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Soulinvest szkolenia i konsultacje biznesowe umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Soulinvest szkolenia i konsultacje biznesowe:

Udostępnij