Detektyw Eugeniusz Kazienko

Detektyw Eugeniusz Kazienko od 1991 roku - dowody zdrady i do postępowań procesowych, wariograf, stenogramy, bezpieczne komórki

04/07/2023
18/04/2023

OPISANE ZDARZENIA NIE MAJĄ NIC WSPÓLNEGO Z 32-LETNIĄ PRAKTYKĄ DETEKTYWA I JEGO 30-LETNIĄ SŁUŻBĄ W MILICJI I POLICJI.

Nie opłaca się ukrywać przed detektywem faktów

Zazdrosny o młodą żonę, ale bardzo bogaty profesor zagranicznej uczelni. Wysoko obnoszący się swoją pozycją społeczną.
W rozmowie wstępnej detektyw zapytał o rodzinę żony, w tym o rodzeństwo.

- Co to pana obchodzi? Ma pan ustalić co robi moja żona, a nie co jej rodzina? Gdyby wydarzyło się coś podejrzanego, proszę dzwonić niezależnie od pory dnia.

W weekend Obserwowana szła na „wieczór kawalerski” koleżanki. Nie było możliwości obserwacji wyjścia z imprezy, ale druga ekipa stwierdziła, że właśnie przyjechała taksówką do mieszkania w bloku wielorodzinnym. Z młodym żołnierzem. Wykonano ich zdjęcia z bezpośredniej odległości. Jak na dłoni. MMS-sem wysłano fotkę zazdrośnikowi.

- To ona! Pilnujcie ich!

Sytuacja w mieszkaniu przebiegała się jak w filmie. Po dłuższym czasie wszystko pogasło. Posnęli. Po paru godzinach, jeszcze w porze nocnej, przyjechał On. Z obłędem w oczach.

Do mieszkania wszedł razem z drzwiami. W łóżku leżeli oni! Zdecydowanie silniejszy rzucił się na żołnierzyka. Ale ten wykorzystując uszkodzone drzwi sprytnie wymknął się na korytarz. Po chwili nagi i bosy gnał w ciemnościach do pobliskiego parku nad rzeką. Ukrył się w krzakach. Zazdrośnik nie dawał za wygraną. Szukał i szukał. Bezskutecznie.

Tymczasem już nad ranem pod dom podjechała taksówką żona zazdrośnika. Wesoła i lekko wstawiona po imprezie.

Jednocześnie z klatki wyszła podobna do niej kobieta z zielonym mundurem i białą podkoszulką na ręce.

Żona zdębiała:

- Co tu się dzieje?

- Twój mąż szaleje po parku i szuka mojego żołnierza! Nagiego!

Zazdrośnik złośliwie nie ujawnił nam, że jego żona ma siostrę. Urodzoną w tym samym roku, co żona. Podobna, jak bliźniaczka.

Na tyle, że na zdjęciu to on w szwagierce dojrzał swoją żonę.

Po bezskutecznych poszukiwaniach w parku, przyszedł zdyszany przed klatkę. Widząc wesołą żonę wrzeszczał przez telefon:

- Coście mi przysłali, przecież to nie była moja żona!

Usłyszał odpowiedź:

- Wysłaliśmy Panu zdjęcie, a to Pan potwierdził, że to ona!

Siostra Obserwowanej rzuciła tylko:

- Zabierz Swojego do mieszkania! Idę do parku poszukać mojego golaska.

30/03/2023

OPISANE ZDARZENIA NIE MAJĄ NIC WSPÓLNEGO Z 32-LETNIĄ PRAKTYKĄ DETEKTYWA I JEGO 30-LETNIĄ SŁUŻBĄ W MILICJI I POLICJI.

EMO

Emo. Ideologia znana jako reakcja na agresywny i materialistyczny styl życia. Najczęściej rodziców. Kiedy schodzi do poziomu podwórka, zostaje wypaczona przez dzieci. Jeszcze dzisiaj może stać się niebezpieczna, jeżeli jest kultywowana w grupie dzieci zaniedbanych. Gdy staje się przesadzoną reakcją na styl życia rodziców. Ku spóźnionej ich rozpaczy.

Emo był prawie trzynastoletnim synem handlowców z Krakowa. Rodzice stracili kontakt emocjonalny z synem na rzecz grupy podwórkowej. Popłoch wybuchł w pierwszy wakacyjny poranek, gdy rodzice stwierdzili, że syna nie ma w domu. Starsza córka dopiero wieczorem dowiedziała się, że brat z dwoma kolegami wybrał się nad morze. A stąd do Szwecji.

Ze skrytki w małżeńskim tapczanie zniknęło osiemdziesiąt tysięcy złotych.

Jednak nad morze wyjechało pociągiem tylko dwóch. Trzeci, z innego osiedla, trochę od nich starszy, miał dojechać za kilka dni.

Ojciec Emo dopiero na drugi dzień zgłosił zaginięcie dziecka na policji, jednak nie widział tu większego zaangażowania.

Zdesperowani rodzice zadzwonili do detektywa. Przesłali mu wynaturzone zdjęcie syna w stylu "Emo". Na zdjęciu trudno było rozpoznać człowieka, a co dopiero zidentyfikować chłopca.

Jak znaleźć w sezonie, nad morzem, chłopca, niepodobnego do tego ze zdjęcia. Na szczęście, z podwórkowej informacji wynikało, że trzeci kolega jeszcze do nich nie dołączył.

Siostra Emo, według instrukcji detektywa, spotkała się z nim i zrobiła mu wyraźną fotografię na dworcu, gdzie kupił on bilet kolejowy do nadmorskiej miejscowości. Jednak nie do docelowej, a przesiadkowej.

Dobre i to. Tutaj miał się przesiąść się do pociągu podmiejskiego. Wszystko zaczynało się układać.

Detektyw zażądał od ojca Emo, by pilnie przesłał mu kopię materiałów policyjnych.

Organizujemy akcję.

Od rana obserwujemy i kontrolujemy pociągi przyjeżdżający z południa. Detektywi otrzymali kilka kopii aktualnych zdjęć starszego kolegi Emo.

Równolegle inna grupa obserwowała puste pociągi oczekujące na odjazd. Emo, unikając poczekalni i peronów, mógł czekać w nich na niego.

W czasie przeglądów pustych pociągów, stojących na bocznym torowisku, w jednym z nich, prawie pustym, jeden z detektywów, znalazł chłopca, wyglądającego na dużo mniej niż trzynaście lat. Ubrany był inaczej niż opisywała matka i siostra. Udawał, że śpi w pustym przedziale.

Objęto wagon i pociąg dyskretną obserwacją a detektyw zadzwonił do ojca. Opisał chłopca i jego ubiór. Z ubiorem nic się nie zgadzało. Ale przyznał, że mimo trzynastu lat, Emo wygląda na wiele młodszego.

Detektyw udał do pobliskiej jednostki policji. Przedstawił cel przybycia i pokazał dokumenty. Policjanci okazali się niezwykle chętni do współpracy.

Kierowca i dysponent radiowozu, w czarnych mundurach, uzbrojeni, pojechali na dworzec kolejowy. Podeszli do pilnowanego przez detektywów wagonu z dwóch stron. Starszy stopniem z policjantów wszedł do przedziału, obudził zaspanego chłopca i zapytał się go o imię i nazwisko. Ten zaskoczony od razu podał prawdziwie dane osobowe, choć nie miał przy sobie dokumentów.

W czasie doprowadzania do radiowozu nie odezwał się ani razu. Policjant usiadł obok kierowcy a Nemo na tylnej kanapie.
I tak dojechali do komendy. Detektyw jechał za nimi swoim samochodem.

Na komendzie policji Emo wprowadzono na świetlicę. Detektyw przedstawił dyżurnemu pełnomocnictwo do opieki nad synem. Pokazał stosowne dokumenty. Potem wszedł na świetlicę i usiadł przy chłopcu. Ten milczał jak zaklęty.

Policjant, który zatrzymał chłopca w pociągu pracowicie wypisywał na dyżurce notatkę z zatrzymania chłopca przebywającego „na gigancie”.

Detektyw przysiadł się do chłopca. Blisko. Bardzo blisko.

Ten tępo wpatrywał się w podłogę.

Detektyw zastosował stary, sprawdzony chwyt. Wyjął swój telefon i wybrał numer do matki po czym rozpoczął z nią rozmowę o aktualnej sytuacji. A po chwili zwrócił się do chłopca:

- Chcesz porozmawiać z mamą?

Rzucił się do telefonu. Zaczął rozmawiać z matką i po chwili płakać. Płakał tak głośno, że dyżurny przez okienko niespokojnie zerkał, co się z nim dzieje. Potem rozmawiała z nim jeszcze siostra. A on płakał. Potem rozmawiał ojciec, a on dalej płakał.
Na koniec, kiedy już się nagadał z rodziną, zaczął powoli przygotowywać się do wyjścia. Był innym człowiekiem. Już nie patrzył się tępo w podłogę.

Pozałatwiano wszystkie formalności. Przygotowywano się do wyjścia.

Ale Detektyw miał jeszcze jedną sprawę. Postanowił zapytać się Nemo:

- Zabrałeś z domu osiemdziesiąt tysięcy złotych. Gdzie masz te pieniądze?

- W domu wczasowym, na wsi, gdzie mieszkałem sam, bo mój kolega z podwórka jednak wrócił do domu. Czekałem w tym domu na tego trzeciego, dużo starszego kolegę, który pozostał w Krakowie na pogrzebie babci.

- Dużo z tych pieniędzy wydałeś?

- Dużo. Za dwadzieścia pięć tysięcy kupiłem pistolet i sto sztuk amunicji.

- Gdzie jest ten pistolet? Gdzie jest ta amunicja?

- Pistolet mam przy sobie, w kieszeni, załadowany, z nabojami. A reszta amunicji została w domu wczasowym. Pod poduszką.

Dyżurny, gdy to usłyszał od detektywa, zdębiał.

Kończyła się mu służba, a tu pojawiła się znacznie poważniejsza sprawa niż "gigant". Na szczęście detektyw wypełnił za niego protokół odebrania przedmiotu. Pistoletu z nabojami. Zdającym broń był Emo. Pistolet i policzona dokładnie amunicja poszła do metalowej szafy dyżurnego.

Koniec sprawy z niewygodnym przedmiotem.

Policjant z patrolu, który zatrzymywał chłopca i standardowo powinien sprawdzić go, ale tego nie zrobił, był już po służbie i dawno był w domu. Nowy, który go zastąpił, jeszcze nie zapoznał się ze sprawą.

Trochę więc trwało przyjmowanie oświadczenia od chłopca i szczegółów związanych z zakupem pistoletu i amunicji.

Policjant, tak pomocny przy zatrzymaniu chłopca będzie jednak musiał jeszcze trochę się tłumaczyć, dlaczego nie zachował elementarnych zasad zatrzymania nieletniego.

To wszystko wydłużyło czas pobytu detektywa i Emo na policji o co najmniej trzy godziny.

Dopiero po tym policjanci i detektywi udali się na przymorską wieś, do domu wczasowego. Oni po resztę amunicji. Detektyw po pieniądze rodziców, a Emo po swoje osobiste rzeczy.

Na wsi, w mieszkaniu wczasowym, pozostawał ten starszy kolega, który nie znalazłszy Emo na dworcu, sam tu przyjechał. Gospodarz wpuścił kolegę do opłaconego już pokoju.

Detektyw i policjant zastali go śpiącego na swoim łóżku, w ubraniu, po długiej podróży pociągiem. Był przerażony, gdy policjant go obudził. Nic nie wiedział o pistolecie ani o amunicji.

Przy okazji okazało się, że gospodarz nie meldował tu pobytu dzieci, nie wydawał pokwitowania za opłatę na pobyt.
Wszystko „na czarno”.

Nemo wskazał miejsce ukrycia amunicji - podniósł poduszkę na swoim łóżku. Była tam pozostała część amunicji. Dokładnie reszta do stu sztuk nabojów. Nie brakowało więc żadnego.

Gospodarz domu był poważnie wystraszony efektem przeszukania.

Policjant sporządził kolejny protokół odbioru przedmiotów.

Na życzenie detektywa, chłopiec wskazał pozostałą część pieniędzy. We wnętrzu łóżka, w foliowym worku. Przeliczono zawartość worka. Sporządzono protokół i całość pieniędzy przejął detektyw.

Starszy chłopiec nie chciał wracać do domu. Miał wykupione wczasy i zostawał tu.

Detektyw telefonicznie ustalił z rodziną, by dla przyśpieszenia jej scalenia, dziecko z nad morza dowiezie do Łodzi, a do tego samego miejsca przyjadą oni z Krakowa. Na duży parking przed hurtownią, odwiedzaną przez ojca Emo.

Był rześki poranek, gdy detektyw wjeżdżał na parking. Na nim czekał duży czarny VAN z Krakowa. Pierwsza z samochodu wyskoczyła matka i biegła w kierunku samochodu detektywa. Zaspany chłopiec nagle ożył i pobiegł w jej kierunku. Za matką biegła jego siostra, a dopiero za nią, jego ojciec. Na koniec z samochodu wyszedł brat ojca, kierujący samochodem.
Ojciec nie był w stanie bezpiecznie prowadzić samochodu.

Płaczu było co nie miara. Najgłośniej płakał nasz Emo. Potem matka i siostra. Detektyw podał ojcu odzyskane pieniądze. Ten przyjął je bez liczenia.

- Są policzone. Tu jest protokół.

- Dużo brakuje?

- Około trzydziestu tysięcy. Trochę wydał na odzież. Trochę na jedzenie i na rozrywkę. Dwadzieścia pięć tysięcy wydał na pistolet i amunicję.

- Na co?

- Na pistolet? Na prawdziwy pistolet z prawdziwą amunicją. Sto sztuk.

02/03/2023

OPISANE ZDARZENIA NIE MAJĄ NIC WSPÓLNEGO Z 32-LETNIĄ PRAKTYKĄ DETEKTYWA I JEGO 30-LETNIĄ SŁUŻBĄ W MILICJI I POLICJI.

Nihil novi sub sole!
(nic nowego pod słońcem)

DOTACJA DLA DETEKTYWA

Telefon do detektywa. Ważny klient przedstawił się z nazwiska, imienia i spytał:
- Czy mówi coś panu moje nazwisko?
- Tak. W publicznej telewizji niedawno wypowiadał się pan o fundacji wspierającej młodych, zdolnych przedsiębiorców i wynalazców.
- Bingo! To ja.
- W czym problem?
- Sprawa jest prosta. Żona jest na wczasach nad morzem z moim sześcioletnim synem, chociaż nie jest jego matką. Kierownik sąsiedniego apartamentowca poinformował mnie, że moja żona noc w noc, sypia u niego z jakimś Kudłatym. A ja jestem w tej chwili za granicą.
- Proszę podać rysopis i jakieś zdjęcia. Jak chodzi ubrana?
- Od rana do wieczora chodzi ubrana codziennie tak samo. Nieskazitelnie biała podkoszulka i czarne, krótkie spodenki.
- O której godzinie zazwyczaj wychodzi na plażę?
- Między dziesiąta a dwunastą.
- Cena w sezonie jest nieco wyższa. Kosztować to będzie… kilkadziesiąt tysięcy złotych.
- Drogo. Jak w Stolicy. Zabierajcie się do roboty. Za dwa tygodnie wracam do kraju. Nadrobię drogi, ale wstąpię do pana biura i zabiorę materiały.

W pierwszy poniedziałek, około dziesiątej, obserwowana wyszła z apartamentowca, a z sąsiedniego doszedł do niej Kudłaty. Dużo młodszy od niej.

W okolicy obiadu obserwowani zagubili się gdzieś wśród wczasowiczów. Odnalezieni zostali na obiedzie na różnych stołówkach.
Ale wieczorem kobieta poszła do jego apartamentowcu. Siedziała chwilę sama przy stoliku z kawą, a potem wyszła w kierunku toalet i więcej nie przyszła. Do rana nie wychodziła z tego apartamentowca. Nad ranem dyskretnie wróciła do swojego. Mamy cię!

Wykonano bardzo dobre zdjęcie twarzy i sylwetki obserwowanej, ubranej dokładnie tak, jak opisał mąż i mms-em wysłano te zdjęcia zlecającemu. Potwierdził bez najmniejszego wahania.
- To jest moja żona.
- Szczegóły merytoryczne podamy po uregulowaniu pełnego wynagrodzenia. Ale jest dobrze, to znacz źle. Spotyka się z tym Kudłatym.

Z powodu tłoku na plaży związanego z trwającym tu turniejem plażowej piłki nożnej, zorganizowano jeszcze jedną ekipę.
W następny dzień obie ekipy detektywów nie powinny ich zgubić przy zejściu z plaży. Przed jej apartamentowcem pozostał tylko detektyw z żoną.
Kochankowie na piłce byli tym razem krótko. Po chwili siedzieli w pobliskiej kawiarni jedząc lody z wiśniami. Obserwujący ich detektywi meldowali detektywowi, co robią. Właśnie jedzą lody. A oni razem z nimi. Ona swoje wiśnie z lodów podawała mu do jego ust, do zjedzenia, a on swoje jej. Co najmniej jeden raz, siedząc przy stoliku, tylko dla dwojga, namiętnie pocałowali się. Mamy więc oczywisty dowód okazywania sobie wyrazów uczucia!

Ale gdy już wszyscy nacieszyli się z efektów wspólnej pracy, z apartamentowca wyszła kolejna kobieta, ubrana dokładnie tak samo jak pierwsza, jak opisał nam zlecający. Tym razem z sześcioletnim dzieckiem, blondynkiem, w dużych okularach. Szła prosto w kierunku samochodu detektywa. Zatrzymała się przed nim, by poprawić dziecku letnie ubranko.

- Gdzie macie teraz obserwowaną? zapytał przekornie detektyw gapiowatych pracowników.
- Jak to, gdzie. Siedzimy przy nich i jemy z nimi lody.
- Jak to siedzicie przy nich, skoro ona stoi przed moim samochodem z sześcioletnim dzieckiem.

Okazało się, że w jednym apartamentowcu przebywały na wczasach dwie kobiety, podobne do siebie i ubierające się identycznie.
Pierwsza błędnie została rozpoznana przez męża. Ale ta druga wychodziła z tego samego apartamentowca z jego małym synkiem. Tak samo ubrana.

Zaniechano po dwóch dniach obserwacji tej pierwszej kobiety spotykającej się z Kudłatym. Potwierdzono, że ta druga zachowywała się bez zastrzeżeń.

Sporządzono dwa odrębne sprawozdania, każdy po trzy równorzędne egzemplarze. Na pierwszym sprawozdaniu przedstawiono tylko dwa dni obserwacji tej kobiety, która codziennie spotykała się z Kudłatym.
Tak, jakby to była właściwa osoba - żona zlecającego.
Na drugim sprawozdaniu przedstawiono efekty obserwacji prawdziwej żony zlecającego.

W drodze powrotnej do Stolicy, zlecający przyjechał do detektywa.

Najpierw detektyw wręczył mu materiały z dwóch pierwszych dni, w których obserwowano inną kobietę, niż jego żona. Widząc nieco przekorny, wyraz twarzy detektywów, rzucił:
- Wiem za co płacę i wychodzę. Śpieszę się. Jeszcze kawał drogi do domu.
- Niech pan jednak obejrzy dokładnie te materiały.
Zatrzymał się i usiadł przy stole.
- Moja żona, jak żywa, włóczy się za jakimś Kudłatym. Tu całują w jakiejś kawiarni. To mi wystarczy.
- Ale to nie jest pana żona.
- Zna ją pan lepiej, niż ja?
- To niech pan obejrzy tę drugą teczkę.
- O, to też jest moja żona. Z moim synkiem?
- Ta kobieta z Kudłatym i ta kobieta z dzieckiem w tym samym momencie są w różnych miejscach. W tym samym dniu, o tej samej godzinie, minucie, sekundzie.
- Co to ma znaczyć?
- Ta z Kudłatym to nie pana żona. To inna kobieta. Stał się pan ofiarą pomyłki życzliwego kierownika sąsiedniego apartamentowca.
- Niemożliwe.
Przeglądał jeszcze obie teczki kilka raz dokładnie, niedowierzając.

- Szkoda, że tak wyszło. A miałem taką nadzieję. Na pewno nie zdradzała mnie?
- Na pewno nie w czasie jej pobytu na wczasach, nad morzem, w tym waszym apartamentowcu.

Gdy jednak przyszło do zapłaty, Zlecający jakby się zasępił.

- Tak się mi z panem, panie detektywie, dobrze rozmawia. Mam dla pana atrakcyjną propozycję. Niech pan zrezygnuje z wynagrodzenia gotówkowego za tę pracę?

- Co pan proponuje w zamian?

- Załatwię panu przebitką co najmniej dziesięciokrotną, jak nie większą, w stosunku do umówionej ceny za usługę.

- Jak to?

- Oferuję panu dotację. Niech pan założy jeszcze dzisiaj spółkę, a jutro wystąpi do naszej fundacji o dotację. Dużo, dużo większa od tej, co w zleceniu. Otrzyma ją pan od ręki. Tylko szybko, bo za dwa tygodnie znowu wyjeżdżam służbowo za granicę.

Do... i tu padła nazwa dość atrakcyjnego zakątka naszej ZIemi.

- I co ja z taką furą nienależnych mi pieniędzy zrobię? Jakim tytułem wprowadzę je do ksiąg? Ponadto, będąc już emerytem, raczej nie wyglądam, za bardzo, na młodego, zdolnego przedsiębiorcę czy wynalazcę.

- A kto się tym będzie interesował? Jest pan pierwszym, znanym mi beneficjentem, który martwi się o etykę. Brać, jak dają i o nic nie pytać. To jest kupa pieniędzy.

- Dziękuję za propozycję, ale proszę o gotówkę. Tu jest faktura.

- Szkoda. Jest mi trochę głupio. Ale chyba źle pan robi. Taka okazja drugi raz się panu nie przytrafi. Do widzenia.

- Wierzę panu. Do widzenia.

Po miesiącu od spotkania w telewizji publicznej, w głównym wydaniu informacyjnym podano wiadomość, że do siedziby zarządu jednej z fundacji, mającej wspierać młodych i zdolnych przedsiębiorców i wynalazców weszli funkcjonariusze centralnego urzędu zajmującego się zwalczaniem korupcji.

Zarząd fundacji w całości został zatrzymany i aresztowany w związku z nieprawidłowości w udzielaniu dotacji i za łapówki.

Poszukiwany jest ważny urzędnik ministerstwa, podejrzany o współudział. O znajomym nazwisku.

Podobno przebywa za granicą.

O czym od dawna przekonuję na stronie detektyw-koszalin.pl
28/02/2023

O czym od dawna przekonuję na stronie detektyw-koszalin.pl

— Jeśli macie podejmować życiowe decyzje, to ich nie odkładajcie – mówi Ewa. Do tego, by zostawić wreszcie toksycznego męża, szykowała się od kilku lat. Teraz raczej szans na rozwód nie ma, bo jej mąż ciężko zachorował. Więc Ewa musi mu zapewnić opiekę i wsparcie.

20/11/2022

OPISANE ZDARZENIA NIE MAJĄ NIC WSPÓLNEGO Z PRAWIE 32-LETNIĄ PRAKTYKĄ DETEKTYWA I JEGO 30-LETNIĄ SŁUŻBĄ W MILICJI I POLICJI.

DO TRZECH RAZY SZTUKA

Samochód Audi TT na polskich drogach zawsze zwracał powszechną uwagę swoimi kształtami. Niewielkie, srebrne cacko. Uwielbiane przez młodych, lubiących dynamiczną jazdę. Wartość takiego nowego cacka – znacznie powyżej 150.000 złotych.

Na newralgicznym skrzyżowaniu poza granicami powiatowego miasta służbę pełniło dwóch miejscowych policjantów. Widzieli mijające ich nowiutkie Audi TT. Widzieli też po chwili nadjeżdżający z tego kierunku duży ciężarowy samochód, znanej im firmy.

Po pewnym czasie nadjeżdżający z przeciwka inny przypadkowy kierowca powiadomił ich o wypadku. Kilku kilometrów dalej dachowało srebrne Audi TT. Konieczna jest interwencja i pomoc.

Rzeczywiście, na ostrym zakręcie samochód dachował, wpadł do lasu i porozbijał się doszczętnie na głazach. Kierowcy nic się nie stało. Solidne auto i wyposażenie uratowało mu życie.
Właściwie to nie został nawet skaleczony. Miał niesamowite szczęście.
Na jego pas ruchu wjechał kierowca ciężarówki, który nie zatrzymał się. Znanej policjantom firmy.

Po wielu godzinach kierowca i jednocześnie właściciel firmy został ustalony. W jego domu wystawiono mu mandat. Zapłacił bez protestu. A sprawę należało skierować do sądu.

I tu w siedzibie ubezpieczyciela powstały wątpliwości co do zasadności wypłaty ubezpieczenia.

Zwrócono się do detektywa o rozwikłanie tych wątpliwości.

Okazało się, że całkiem nowy samochód został sprowadzony kilka tygodni temu z Niemiec. Oczywiście nie miał ubezpieczenia auto casco. Ale miał numer VIN.

Współpracujący z detektywem niemiecki adwokat, mający w Niemczech ustawowo większe możliwości niż polski detektyw i polscy adwokaci razem wzięci, w ciągu kilku dni ustalił, że samochód ten rozbił się w górzystej Bawarii.

Niemiecki właściciel uzyskał ubezpieczenie i zbył wrak właścicielowi miejscowego szrotu.

Adwokat przesłał detektywowi kserokopię dokumentacji niemieckiej ubezpieczalni. Oszustowi odszkodowania nie wypłacono.

Minęło 6 miesięcy.

Do detektywa znad Bałtyku zadzwonił dyrektor PZU w Bielsku Białej. Zdarzył się tam straszny wypadek. Na zakręcie, w górzystym terenie, srebrne Audii TT roztrzaskało się na kamienistym zboczu. Kierowca cudem wyszedł z tego cało.

Od kolegi z PZU z północy dowiedział się, że jego znajomy detektyw prowadził podobną sprawę.

Załatwiono wymogi formalne.

Detektyw poprosił tylko o VIN rozbitego samochodu. Zgadzał się. Do PZU w Bialsku Białej przesłano tym razem kopie dwóch spraw: tej z Niemiec i tej detektywa.

Minęło kolejne trzy miesiące.

Znajoma detektywa, prowadząca niewielką agencję jednej z ubezpieczalni niemieckich, której kiedyś te dziwne historie Audi TT opowiadał, jako przykłady wyłudzeń, zwróciła się do niego o pomoc.

Kilka dni temu w lesie pod Szczecinem zdarzył się wypadek. Ubezpieczony w ich agencji kierowca ciężarówki, na skrzyżowaniu, wymusił pierwszeństwo przejazdu innemu kierowcy.

Ten wjechał do kamienistego lasu i roztrzaskał doszczętnie swój samochód, który oczywiście nie był ubezpieczony w zakresie auto casco.

Piękny srebrzysty samochód. Audi TT. Wartość szkody ponad 150.000 złotych. Takiej sprawy w ich agencji jeszcze nie było.

Czy przypadkiem…

Po krótkim pobycie w biurze znajomej nie było żadnych wątpliwości. Ten sam VIN. Ten sam pojazd. Te same uszkodzenia. Kierowca inny. Właściciel ten sam.

Trzeba więc było tylko wyciągnąć poprzednie trzy dokumentacje, w tym niemiecką i wykonać niezbędne czynności wyjaśniające.

Wypełniono standardową umowę, ustalono wstępnie cenę usługi.

Ale prowadząca agencję nie miała upoważnienia do podpisywania umowy z osobami trzecimi w tym zakresie.

Nie było jednak sprawy. Za dwa dni na wizytę gospodarską przyjeżdżała Szefowa oddziału regionalnego. Jak nic podpisze. To jednak nie jakaś tam drobna stłuczka, tylko bardzo poważna szkoda.

Minął tydzień, potem drugi.

Standardowo detektyw nigdy nie przypominał się, nie prosił się o zlecenia, czy też o złożenie podpisu w takich sprawach.
Ale pewnego dnia w miejscowym Kauflandzie, w kolejce do kasy, spotkał swoją znajomą prowadzącą agencję niemieckiej ubezpieczalni. Detektyw zagadał pierwszy, pytając się, co słychać w ich wspólnej sprawie Audii TT.

Czerwieniąc się mocno przyznała, że Szefowa regionalna zbeształa ją strasznie, gdy zaproponowała zbadanie tej sprawy, którą miejscowy detektyw ma właściwie rozwiązaną.

- Pani ma szukać nowych klientów, nowych klientów, a nie ich zrażać.

- Pani ma przyciągać klientów wszelkimi możliwymi sposobami, a nie odpędzać ich.

- Czy pani wie, ile klientów po takich czynnościach, odejdzie sprzed naszych drzwi?

13/11/2022

OPISANE ZDARZENIA NIE MAJĄ NIC WSPÓLNEGO Z PRAWIE 32-LETNIĄ PRAKTYKĄ DETEKTYWA I JEGO 30-LETNIĄ SŁUŻBĄ W MILICJI I POLICJI.

Czasami naprawdę trzeba się zastanowić, czy aby na pewno mamy do czynienia z osobą powołaną do ścigania przestępców i wymiaru sprawiedliwości...

ZNIKAJĄCE DRZEWO

Każdy dojeżdżający od wschodu, to jest od strony Koszalina, do małego miasteczka na zachodzie dawnego województwa koszalińskiego, zna piękną aleję gęsto rosnących, ponad stuletnich zielone drzew, po jednej i po drugiej strony drogi. W sezonie letnim stanowią parokilometrową ciemną aleję drzew. Dla kierowców tak gęstych, jak przysłowiowe deski w trumnie.

W porze letniej, w godzinach południowych, jeden z ubezpieczycieli przybył do biura detektywa z pilną sprawą i z prośbą o pomoc.
Znany im oszust ubezpieczeniowy, wczesnym rankiem rozbił, o jedno z drzew na tej alei, bardzo drogi samochód, ubezpieczony na dużo ponad sto tysięcy złotych. Niedawno sprowadzono z zagranicy. Pojazd został skasowany.
Auto, oczywiście, nie miało ubezpieczenia auto casco.
Do południa, jak zwykle z wszelkimi niezbędnymi dokumentami, już czekał niecierpliwie na zatwierdzenie szkody i wypłatę.

Niezbitym dowodem na zaistnienie zdarzenia i zajechanie mu drogi przez "przypadkowego" kierowcę, był wystawiony mandat przez jednego z dwóch policjantów z jednostki powiatowej, którzy z samego rana zostali wezwani przez poszkodowanego na miejsce zdarzenia. Sprawca kolizji mandat przyjął bez protestu, a policjanci dopełnili pozostałych formalności związanych z dokumentacją służbową.
Ponieważ jednak bardzo dobrze znany mu likwidator, po niespodziewanym wypadku drogowym, był w szpitalu, przyjął go inny, nieznany mu likwidator. A ten podjął wątpliwości co do charakteru zdarzenia.
I tak się zaczęło.

W tym samym czasie w okolicy kolizji dwaj inni, doświadczeni detektywi, od rana realizowali całkiem inną sprawę cywilną. Otrzymali polecenie, by natychmiast dokładnie nagrali na filmie drzewa rosnące w tej alei.

Po lewej i prawej stronie drogi. Każde drzewo.

Bez pośpiechu.

Gdy przybyli wieczorem do biura stwierdzili, że żadne drzewo w znanej im dobrze alei nie jest w najmniejszym stopniu uszkodzone, a na poboczu lewym i prawym nie ma najmniejszych śladów niedawnej kolizji, w tym przede wszystkim potłuczonego kolorowego szkła lamp samochodowych.

Na drugi dzień, z samego rana, do powiatowej jednostki policyjnej pojechał detektyw. Nie podając wszystkich szczegółów zakomunikował niezbyt zdziwionemu komendantowi, że jego podwładni mogli ukarać kierowcę za spowodowanie kolizji, nie będąc na miejscu zdarzenia.

- Oczekuję od nich dokumentu potwierdzającego, że nie byli na miejscu zdarzenia.

Komendant zapewnił, że sprawdzi to dokładnie.
Po paru godzinach zadzwonił do detektywa, że jednak kolizja była, sam to sprawdził. Pofatygował się i pojechał sam na miejsce kolizji.
Mandat został słusznie nałożony.

Detektyw, na drugi dzień, w dobrej wierze, raz jeszcze pojechał do komendanta. Po drodze przejechał się tą samą aleją, gdzie zaistniała kolizja.

O dziwo, jedno z drzew było strasznie okaleczone i miało obłupioną korę do ziemi. Na poboczu były ślady jazdy i hamowania, wokół drzewa było pełno kolorowego plastyku, jednak o różnych odcieniach czerwieni, jakby z kilku różnych modeli aut. Tego plastyku było za dużo, w stosunku do tego, co pozostało na resztkach lamp w rozbitym samochodzie.

Z kolejną datą, stan ten został dokładnie udokumentowany. Nakręcono kolejny film. Wykonano dokładne zdjęcia pokaleczonego drzewa.

W czasie rozmowy w biurze komendanta, ten już bardzo pewnie stwierdził:

- Wszystko jest w porządku. Kolizja była, policjanci wykonali poprawnie swoje obowiązki. O czym tu dyskutować.
- Ale my mamy zdjęcia feralnego drzewa, wykonane między dniem dzisiejszym a czasem kolizji. Jest nietknięte. Na poboczu nie było żadnych śladów kolizji.

- W tej chwili nie mam już czasu na dalszą dyskusję, zapraszam na jutro. Mam pilną służbową sprawę.

Umówiliśmy się na kolejny dzień, na godziny południowe.
I znowu w drodze do komendanta detektywi przejechali tą samą aleją.
I znowu zdziwienie.
W miejscu gdzie jeszcze kilka dni temu rosło i szumiało drzewo, była pustka.

Po drzewie nie było śladu. Dookoła nieistniejącego pnia trawa była zagrabiona i spryskana dużą ilością wodą. Po porannej rosie, do godzin przedpołudniowych, trawa wyschła. Po kolorowych szczątkach samochodowych nie było śladu.

Komendant tego dnia nie był uchwytny.

Następnego dnia udało się jednak skontaktować z nim telefonicznie.

- Nie bardzo mam czas na rozmowę, ostatnio mam same pilne sprawy- stwierdził krótko.

- Chciałem tylko dodać - powiedział detektyw - że w dniu kolizji, bezpośrednio po kolizji, a przed pierwszą wizytą w komendzie, wykonaliśmy nie tylko zdjęcia tego pojedynczego drzewa, ale nagraliśmy film w tej alei z wszystkim drzewami w roli głównej.
Po prawej i lewej stronie.

Zapadła cisza.

29/10/2022

OPISANE ZDARZENIA NIE MAJĄ NIC WSPÓLNEGO Z PRAWIE 32-LETNIĄ PRAKTYKĄ DETEKTYWA I JEGO 30-LETNIĄ SŁUŻBĄ W MILICJI I POLICJI.

Tylko niektórym się wydaje, że wymyślili coś super nowego, podczas gdy świadomość społeczna w wielu przypadkach jest dziwnie zbieżna z takimi, wyłącznie naszymi, przemyśleniami.

LUDZIE WIEDZĄ SWOJE…

1.
W latach 60-tych poprzedniego stulecia w czasie służby w Wydziale Kryminalnym w Komendzie Wojewódzkiej MO, w pokoju operacyjnym były dostępne nie tylko mundury strażaka, listonosza, kolejarza, ale także ich legitymacje. To wszystko ułatwiało realizację „pod przykrywką” różnych zadań operacyjnych przeciwko kryminalistom.

Gdy po takiej udanej operacji specjalnej w mundurach kolejarzy prowadziliśmy znanego kieszonkowca z pociągu do biura dworca kolejowego, gdzie czekało na niego dwóch mundurowych, dziwnie się nam on przyglądał taksując nas od stóp do głów.

Na moje pytanie:
Co, nie widział pan kolejarza?

Odpowiedział:
Taki z ciebie kolejarz, jak ze mnie zakonnica.

2.
„Młodzi” policyjni emeryci, z wyuczonymi i przetestowanymi przez wiele lat zawodowymi zachowaniami, chętnie zatrudniali się w firmach detektywistycznych. W latach 90-tych dysponowali „legitymacjami” wydawanymi przez Zarząd spółki detektywistycznej.

W czasie poszukiwania jednego z „szemranych” przedsiębiorców, wielokrotnie karanego sądownie, bywalca wielu zakładów karnych, detektywi odwiedzili mieszkanie jego konkubiny, prosząc o podanie jego miejsca pobytu.

Ta, już po wpuszczeni ich do mieszkania, nieśmiało zapytała:
- A kim są panowie?
- Prywatnymi detektywami. To nasze legitymacje.
- Już ja wiem, kto wy jesteście. Nie takie mi tu legitymacje pokazywano, a zawsze kończyło się tym samym.

3.
Po intensywnej obserwacji ustalono, z kim spotyka się młody hurtownik. Niekiedy z kochanką spotykał się w jej mieszkaniu na podmiejskiej wsi, w dawnych czworakach popegeerowskich. Niekiedy w podrzędnym hotelu.

Kochanka była o wiele młodsza od żony hurtownika, interesowała się, podobnie jak on, jazdą na motocyklu. Niewielkiego wzrostu o zawsze szeroko uśmiechniętej twarzy, z silnie rozbudowaną żuchwą. Szybko więc w obrocie operacyjnym detektywów uzyskała przezwisko „Żaba”.

Po jednym ze spotkań w miejscowym hotelu, hurtownik odwiózł ”Żabę” do jej domu. Do samochodu wsiadała z książką w ręku. Zanim detektywi przyjechali za nimi na posesję czworaków, hurtownik odjechał, a po niej nie został nawet ślad

Przed budynkiem kilku nastoletnich chłopców grało w piłkę. Stojącego na bramce, tuż przy wejściu do czworaka, detektyw zapytał:
- Gdzie mieszka ta dziewczyna, która tu przed chwilą przyjechała. Przez pomyłkę zabrał moją książkę, a jej pozostała w moim samochodzie.

Na to najstarszy na boisku chłopiec krzyknął do niego:
- Co ten pan chce od ciebie?
- Pyta się, gdzie mieszka „Żaba”.

4.
Ścigany przez nas mąż zakochał się w koleżance z pracy. Oboje pracowali w Parku Wodnym. Kochanka była smagłą dziewczyną, o okrągłej twarzy i bardzo krótkich czarnych włosach. Miała zdecydowaną nadwagę, szczególnie w okolicy bioder. Aby wizualnie rozmyć swój wygląd ubierała się zawsze w czarny, lśniący, obcisły komplet pływacki.

Po kilku dniach jej obserwacji uzyskała wśród detektywów przydomek „Foka”.

Pewnego dnia nie pojawiła się w pracy o ustalonym czasie.

Prowadzący podszedł do dyspozytora Parku i zapytał:
- Kiedy przyjdzie ta pani, która miała teraz mieć zajęcia z dziećmi, bo czekam z wnukiem w samochodzie?

Dyspozytor, nie podnosząc się z krzesła wychylił się do tyłu i rzucił do sąsiedniego pokoju;
- Kiedy „Foka” ma zajęcia?

5.
Ważny nominat politycznie nie miał zbyt „wysokiego” wykształcenia, ale popisywał się kulawym „znawstwem” prawa, niekiedy wprawiających rozmówców w zakłopotanie.
Gdy podejrzliwa żona zleciła jego obserwacją, nie omieszkała o tym poinformować detektywa. Przekornie nadano mu przydomek „Mecenas”.

Ustalono gdzie spotyka się z kochanką, która zawsze przywoziła ze sobą dwie córki w wieku przedmaturalnym. Był to nowo wyremontowany dom na wsi, nad jeziorem. Opiekował się nim sąsiad, z bardzo dużą nadwagą.

W krytycznym dniu po 2:00 w nocy na miejsce ich spotkania detektywi wezwali żonę, która w środku nocy z domku nad jeziorem wypłoszyła męża, jego kochankę i jej dwie córki. Na drugi dzień na pięknym domku nad jeziorem pozostały pewne oznaki wandalizmu.

Po tygodniu, w towarzystwie detektywa, na to samo miejsce ponownie przyjechała żona z ich synkiem w wieku przedszkolnym i córką w wieku szkolnym. Zastukała do drzwi opiekuna domu i zażądała wydania klucza.

Ten zdziwiony odpowiedział:
- Ale pan Mecenas nie zlecał mi wydania kluczy żadnej kobiecie.
- Kiedy był tu ostatnio?
- Tydzień temu z żoną i córkami.
- Ja jestem jego żoną, a to są jego dzieci – wrzeszczała prawowita żona.
- Dawaj mi natomiast klucze.

Zdezorientowany opiekun domu tocząc się tam i z powrotem przyniósł jej klucze do domu.

A wieczorem cała wieś zastanawiała się nad rozwiązaniem zagadki, która z tych pań jest żoną „Mecenasa”.

Adres

Ulica Jana Z Kolna 36/12
Koszalin
75-204

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Detektyw Eugeniusz Kazienko umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Detektyw Eugeniusz Kazienko:

Udostępnij