25/07/2023
No to pakuje się i zaczynam miesięczne wakacje.
Ale zanim się spakuje to napisze kilka słów o ostatnim półroczu. Od lutego do wczoraj zwiększyłam wolumen mieszkań pod naszą banderą o 80%. Tak, dobrze czytacie. W ciągu pół roku powiększyłam firmę niemal o drugie tyle. Jak do tego doszło? Nie wiem.
A tak na serio - mam pewne przypuszczenia i rady jak prowadzić biznes, których na pewno nie znajdziecie w żadnym podręczniku i których żaden kołcz Wam nie sprzeda.
Otóż po pierwsze - od lutego mój osobisty mąż zaczął być psychoterapeutą na cały etat. Wcześniej dzieliliśmy się odpowiedzialnością za firmę mniej więcej po równo, a to znaczy, że ani nie czułam się w pełni odpowiedzialna za porażki, ani na sto pro nie czułam się matką i ojcem sukcesów. Odpowiedzialność się dzieliła na pół. No i oczywiście można powiedzieć, że przecież gramy do tej samej bramki, ten sam budżet, interes, etc, ale w moim przypadku tak to nie działa. Sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem - okazało się, że to mnie naprawdę motywuje, że pełna odpowiedzialność to moja siła sprawcza.
W lutym odszedł jeden z większych klientów, 6 mieszkań, ale wieczne pretensje, regularne szantaże zrywaniem umowy, patrzenie mi na ręce, poprawianie, kontrolowanie, zżeranie energii… No nie! To nie jest tego warte. Jak nie ma melodii, to nic z tego nie będzie, nie będzie lepiej, nie będzie, że się poprawi - toksyczne relacje istnieją też w biznesie i tak jak w życiu osobistym trzeba od nich uciekać. Niby wydaje się, że spoko kasa, ale energia, którą taki klient pożera skutecznie blokuje rozwój.
Dzięki temu wydarzeniu nauczyłam się, żeby nie podpisywać umów z kim popadnie - jak coś śmierdzi od początku, to omijać. I wyraźnie określać zasady gry. To, że ja jestem firmą usługową nie znaczy, że nie mam stawiać warunków. To ja mam know-how i to moje warunki są wiążące, to ja wiem, jak coś zrobić, żeby działało. Naprawdę, na kompromisach i nadmiernej elastyczności nigdy nie wyszłam na dobre.
Jak już ten klient odszedł, to nagle zaczęło się pojawiać wiele nowych możliwości, i tutaj czas na business hack no 3 - rozmawiam z klientami bez ściemy. Nie obiecuję gruszek na wierzbie. Dochodów, które są nierealne. Mówię, jak jest. Wolę, żeby byli przyjemnie zaskoczeni, niż gdyby mieli mieć pretensje o obietnice bez pokrycia. Zostaną to zostaną, nie - to lepiej, bo prędzej czy później i tak by dochodziło do kwasów.
No i tu pojawia się też temat autentyczności w relacjach z moimi klientami. Nie boje się na spotkanie przyjechać na rowerze, a nie wypasioną furą. Nie boje się powiedzieć, że wtedy nie, bo mam jogę. Oraz że jestem sama z synem na wakacjach. Na jedno z najważniejszych spotkań zabrałam Rysia bo nie miał z kim zostać, przedstawiłam go jako swojego asystenta, siedział z nami przy okrągłym stole w sali konferencyjnej i poprosił o lemoniadę do picia. Wyszliśmy z największym kontraktem w tym roku. Bo jestem matką Rysia przede wszystkim i nic nie wskazuje na to, żeby to się w najbliższym czasie zmieniło, a obłudą z mojej strony byłoby ignorowanie tego faktu.
Jak już tych mieszkań zaczęło gwałtownie przybywać, to nazatrudniałam na zapas. Pierwszy raz w życiu tak zaryzykowałam, a nie że na styk i na ostatni moment. I wiecie co? W tym momencie mam super przeszkoloną ekipę i nie boje się jechać na cały miesiąc na wakacje, co więcej - nie mam zamiaru zaglądać do laptopa. Czy jest trudno? Oczywiście, że jest! Moja tendencja do nadkontrolowania daje o sobie znać, ale jestem gotowa! Zamykam laptopa i jadę!
Przez miesiąc mnie nie ma, ale we wrześniu wracam ze zdwojoną siłą i już mam kilka
mieszkań skolejkowanych. Tak, doszło nawet do tego, że - uwaga - powiedziałam Klientom, że nie biorę nowych mieszkań bo jadę na urlop i że teraz dopiero we wrześniu i - guess what - poczekają.
Tak więc jeśli macie dla mnie jakieś mieszkanka, to zapraszam we wrześniu, a już dziś zapraszam do korzystania z mojego darmowego (anty)poradnika biznesowego 😉
(Na zdjęciu ja i mój asystent w restauracji, świętujemy podpisanie największego w tym toku kontraktu)