25/11/2024
Często nasza droga przez jeździectwo potrafi mieć bardzo zaskakujący przebieg. Patrząc w jakich miejscach potrafimy się znaleźć, z czego wyjść i gdzie skończyć (chociaż nie wiem czy możemy powiedzieć że skończyliśmy dopóki żyjemy...) to czasem ciężko znaleźć w tym schemat czy logikę. Czasem jedno wydarzenie może spowodować, że zaczniemy patrzeć na pewne sprawy zupełnie inaczej. Czasem jeden koń zmusza nas do wywrócenia do góry nogami całego światopoglądu i systemu treningowego. Czasem ktoś powie coś, co zmusi nas do przemyślenia tego co robimy. Czasem wszystko nagle zaczyna wyglądać inaczej....
Wiem po samej sobie, jak pomyślę jakim jeźdźcem byłam 15, 10, 5 lat temu. Ba, nawet widzę jak ewoluowałam od zeszłego roku. I szczerze mam nadzieję, że nigdy ewoluować nie przestanę w ciągłym poszukiwaniu lepszej drogi. Wiem ile przeszłam, mam niejasne przeczucie jak wiele jeszcze przede mną. To co kiedyś było standardem i pewnikiem, aktualnie powoduje wyrzut sumienia. Ale tego nie wymażę, przerobiłam to, zobaczyłam że to nie daje takich efektów jakie bym chciała (chociaż aktualnie widzę jak bardzo również zmieniło się to jakich efektów oczekuję). Był czas, że uważałam że cel (do pewnego stopnia) uświęca środki. Że koń musi wiedzieć kto tu rządzi. Że koniowi nie można odpuścić. Że lonża bez wypięcia nie ma sensu (i przerobiłam większość dostępnych na rynku wypięć). Że dawanie smakołyków prowadzi tylko do problemów, Że nie ma znaczenia co koń lubi. Że zapięcie mocniej nachrapnika to dobre rozwiązanie problemów z kontaktem. Czy jestem zadowolona, że tak było? Nie. Ale z tego punktu wyszłam i cieszę się, że to już za mną. Traktuję to jako lekcję, a skupiam się na kroczeniu dalej obraną ścieżką, z niecierpliwością czekając na to co kryje się za jej kolejnym zakrętem.
fot. Malina Chodźko