Qualia AdVisory

Qualia AdVisory Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Qualia AdVisory, Konsultant biznesowy, Przyczółkowa 334, Warsaw.

Omańska siła spokojuW recepcji hoteliku pojawił się poprzedniego dnia wieczorem. Zaraz po moim przyjeździe. Chłopak miał...
09/10/2024

Omańska siła spokoju

W recepcji hoteliku pojawił się poprzedniego dnia wieczorem. Zaraz po moim przyjeździe. Chłopak miał może dwadzieścia parę lat. Z wyglądu Marokańczyk. Prawie na pewno przyjechał do Omanu z któregoś z krajów Maghrebu. Nie zapytałem. Pracuje w recepcji tego skromnego hoteliku. Klimatyzacja jest pokojach, ale tam gdzie ta recepcja, już nie. To się czuje nadal, mimo że od zachodu słońca minęło kilka godzin. Hotelik jest na końcu drogi, dalej w nocy dawały poświatę tylko jedne światła. Byłem już w takim miejscu, kilkaset metrów przed granicą marokańsko-mauretańską. Tutaj granicą jest Morze Arabskie. Też kilkaset metrów odległości, może kilometr.

Rano wstaję wcześnie i schodzę na dół z laptopem, by poszukać kawy i posiedzieć przy niej chwilę, ale duchota powoduje, że zaraz wycofuję się do pokoju. A chłopak, który był wieczorem, siedzi tam również rano. Pewnie spał kilka godzin w jakimś pokoiku, choć nie wygląda na wyspanego. Nawet uśmiecha się z pewnym ociąganiem.

Po spacerze na plaży, wśród skał potężnie zderzających się z falami (to Ocean Indyjski, nie zwykłe morze), wracam do hoteliku. Tym razem po raz ostatni, aby tylko załadować torby do bagażnika auta i odjechać. Chłopak niezmiennie siedzi w recepcji. Zajęty jest swoim telefonem. Uśmiecha się na pożegnanie mówiąc „welcome again!”. To musi być jego własne powiedzonko, gdy gość opuszcza hotelik.

Dopowiadam do tej osadzonej w monotonnie upływającym czasie historii (Turnau śpiewał: „A w Krakowie na Brackiej pada deszcz”), moje wyobrażenia. O tym, że ten chłopak nie musi się donikąd śpieszyć. Że ma w sobie ocean spokoju (kto widział ocean, wie że to sprzeczność sama w sobie, ale tak się mówi). Że nie gonią go terminy ani maile. Od czasu do czasu przyjmuje gości. Rzadko, bo trzysta metrów od hoteliku jest lepszy hotel, organizujący wycieczki na plażę, na której żółwie składają jaja, i wszyscy zamożni turyści rezerwują pokoje w nim, a nie w guesthousie. Jeśli już ktoś się zjawi, chłopak zrobi ksero paszportu, pobierze płatność i zaniesie bagaż do pokoju. Śniadanie, kolacja? Wystarczy powiedzieć gościom, że lepszy hotel ma restaurację i można tam nawet podjechać samochodem. I spokojnie wrócić do swego telefonu, to znaczy do kolegów, rodziny, może dziewczyny, którzy są w tym telefonie.

Dobrze byłoby wyrwać się z kręgu powinności i moc przeżywać dzień za dniem, jak ten chłopak z Maghrebu. W jego świecie nawet pory roku nie będą się od siebie zbytnio różnić. Będzie tylko bardzo upalnie lub upalnie nie do wytrzymania. Ale on to wytrzyma. To tylko moja europejska naleciałość, ten stosunek do temperatury powietrza.

Równowaga. To nie jest stan sprzyjający wielkiemu rozwojowi. Ten rodzi się w stresie. W konflikcie.

Jestem w Omanie od kilku dni. Jest to druga wizyta w tym kraju. Nie wydaje mi się, by w tym kraju istniały jakiekolwiek konflikty.

Istnieją za to ropa i gaz. To pozwala urządzić kraj nowocześnie. Na każdego z nieco ponad pięciu milionów Omańczyków (pięć milionów na terytorium tylko o trzy tysiące kilometrów kwadratowych mniejszym niż Polska) przypada ponad dwadzieścia tysięcy dolarów produktu krajowego brutto. Według wartości nominalnej PKB na głowę. To jest mniej więcej tyle co w Polsce. Z innych podobieństw i różnic: Polska uchodzi za jeden z najbezpieczniejszych krajów w UE. Ale nie jest aż tak jak w Omanie, gdzie można zostawić samochód na parę dni na ulicy, z bagażem w środku, i nic mu się nie stanie. Nikt go nawet nie zadrapie. A jeśli ktoś w ciebie wjedzie od tyłu, na przykład pick-up Toyota Tundra, jak przydarzyło mi się to kilka dni temu, to poprosi cię byś jechał za nim najpierw na policję a potem do firmy ubezpieczeniowej, gdzie bez wahania podpisze kwit, że do kolizji doszło z jego winy. I jeszcze przeprosi. A Hamed z firmy ubezpieczeniowej przyśle mi ten kwit na WhatsApp dwa dni później, abym nie miał przejść z wypożyczalnią samochodów przy oddawaniu samochodu.

I co z tego, że procedura trwała dwa dni. Bo po pierwsze najpierw była sobota (drugi dzień weekendu), a po drugie po co się śpieszyć, skoro zasadniczo nic nie jest problemem nie dającym się rozwiązać. Inszallah.

Taki Oman nie może się nie podobać.

Duży biznes z papieruGdybym przyjechał do Warszawy jako zagraniczny turysta, na przykład jako jakiś Francuz, Hiszpan czy...
06/09/2024

Duży biznes z papieru

Gdybym przyjechał do Warszawy jako zagraniczny turysta, na przykład jako jakiś Francuz, Hiszpan czy choćby Anglik, to byłbym zaciekawiony, czy jest tutaj rzeczywiście tak, jak na moim Zachodzie. Coś bym wiedział o Polsce przed przyjazdem i chciałbym się przekonać, czy to jest kraj zmodernizowany naprawdę, czy tylko na niby.

To jest też pytanie o typ miejscowej kultury. Tej rozumianej jako wrażliwość na historię, tradycję, spuściznę. Na rzeczy nieznajdujące się w obrębie takiego czy innego głównego nurtu. Na smaki osobliwe, niepowszechne, nawet skazywane na wyginięcie.

Zatem gdybym był tym Francuzem, Hiszpanem albo Anglikiem, najdalej w drugim dniu pobytu w mieście zainteresowałoby mnie, czy w Warszawie są jakieś księgarnie. Sam to zawsze sprawdzam, gdy ląduję w jakimś dużym i znanym mieście za granicą.

Ale nie chodzi o księgarnie byle jakie, nie o jakieś empikopodobne, pozbawione duszy sklepy sprzedające książki, gazety, gry, zabawki, wstążki, długopisy i co tam jeszcze. Warte uwagi są tylko księgarnie niepospolite. Miejsca, do których ludzie lubią przychodzić. Niedbające o to, by podłogi, ściany, półki i drzwi były proste, równe, bez zakrzywień, przebarwień, zmarszczek i innych śladów zużycia. Miejsca przechowujące pamięć o ludziach chodzących między szafami z książkami, którzy już dawno odeszli. O których przypomni deska w podłodze, nagle zaskrzypiała. Miejsca nie wstydzące się książek, także tych ułożonych w stosy tu i ówdzie, bo nie można ich było wcisnąć na żadną z przepełnionych półek.

Foyles na Charing Cross w Londynie. Libros Merlin w Bogocie. Clarke’s Bookshop i Book Lounge w Cape Town. Manhattańskie Barnes&Noble (kiedy pierwszy raz przyjechałem do Nowego Jorku, było dla mnie zaskoczeniem, że w księgarni może być tak wiele książek). Słynna City Light Booksellers w San Francisco (jeden z ostatnich śladów dawnego miasta wolności). A Paryż? Miasto Świateł (zwane też Miastem Miłości) jest poniekąd jedną Wielką Księgarnią.

And now, Ladies and Gentlemen, jak śpiewa Patricia Kaas, porozmawiajmy o pieniądzach. Bo te romantyczne księgarnie mają jak najbardziej coś z nimi wspólnego. I to w sensie zysków, nie strat.

[…]

A co z tym Francuzem, Hiszpanem czy Anglikiem, próbującymi dowiedzieć się, czy w Warszawie są jakieś urokliwe księgarnie? Myślę, że znaleźli przynajmniej kilka takich. Tyle tylko, że są one wielkości mikroskopijnej w porównaniu do tych, które przywołałem wyżej. I nie są kontynuacją historii, zaledwie dopiero tworzą jakieś swoje małe historie. Ale dzielnie sprzedają książki, niepomieszane z mydłem i powidłem. I często dobrą kawę. To jest nawet dobrze. Papierkiem lakmusowym kulturowej kondycji Polski i jej wersji nowoczesności będzie to, co się z nimi stanie za lat, dajmy na to, dwadzieścia.

Gdybym przyjechał do Warszawy jako zagraniczny turysta, na przykład jako jakiś Francuz, Hiszpan czy choćby Anglik, to byłbym zaciekawiony, czy jest tutaj

Rzeczy przewidywalne potrafią zaskoczyć, gdy staną się rzeczywistością. I to często znacznie bardziej niż podobne rzeczy...
23/08/2024

Rzeczy przewidywalne potrafią zaskoczyć, gdy staną się rzeczywistością. I to często znacznie bardziej niż podobne rzeczy nieprzewidywalne lub mało prawdopodobne. Czy tak być powinno? Czy to jest normalne? Zaskakiwać, wydawałoby się, mogą przede wszystkim czarne łabędzie, niespodziewane kataklizmy, niezwykłe zbiegi okoliczności.

Jest normalne i najzupełniej przewidywalne, że ludzie umierają. Gdy jednak to się naprawdę dzieje, towarzyszy temu wstrząs, zaskoczenie lub zdumienie. W pewnych oczywiście przypadkach. I nie mówię o osobach nam bliskich, bo wtedy sprowadzanie uczuć towarzyszących czyjemuś odejściu do bycia zaskoczonym byłoby niedorzeczne. Mam na myśli tych, którzy jakoś rzeźbili nasze życie, mimo że ani my ich nie znaliśmy, ani oni nas.

To może być ktoś taki jak Daniel Kahneman, zmarły niedawno. Lub Jerzy Stuhr. Lub Jean-Paul Belmondo, na którego uroczystość żałobną w 2021 roku przybył Alain Delon. Stąpał z wielkim trudem po bruku dziedzińca przed Hôtel des Invalides. To może być sam Delon. Wiadomość o jego śmierci zastała mnie na lotnisku w Kapsztadzie, na początku długiej drogi powrotnej do Europy.

Było oczywiste, przynajmniej od pogrzebu Belmonda, że jesteśmy świadkami schyłku życia artysty uhonorowanego w 2019 roku w Cannes Złotą Palmą za całokształt twórczości. A jednak jego śmierć wywołuje zdumienie. Przyzwyczajamy się do tego, że niektórzy ludzie po prostu są. Potem kursują te frazesy, że przecież zostaną z nami na zawsze. Jednak jest ogromna różnica między kimś, kto jest nadal wśród żywych, a kimś kto jest już tylko pomnikiem przeszłości. Sam Delon powiedział coś na ten temat, powstrzymując (chyba bez powodzenia) łzy, na canneńskiej scenie festiwalowej. Lekko parafrazuję: „Kiedyś myślałem, że najtrudniej będzie utrzymać się z tym, co robiłem, na szczycie. Utrzymywałem się przez 62 lata. Dziś wiem, że najtrudniejsze jest – odejść.”

Alain Delon stał się pomnikiem za życia dla kilku generacji Francuzów i nie-Francuzów. Jak to pięknie – i celnie – ujął prezydent Macron, Delon „był więcej niż gwiazdą: był francuską pomnikową budowlą („un monument français”).”

Dla mnie zaistniał po raz pierwszy dzięki koleżance z naszej wrocławskiej podstawówki. Interesowała się ona dwoma tematami. Jednym z nich była astronomia. Miała bardzo duży zeszyt, do którego wklejała najrozmaitsze wycinki prasowe o ciałach niebieskich, astronomach, sondach kosmicznych. Ponieważ koleżanka była obiektem mojej fascynacji (w formie typowej dla chłopaczka z drugiej czy z trzeciej klasy - przynajmniej wówczas miało to sens odróżniający) to ja także założyłem sobie taki astronomiczny album. Koleżanka miała inny zeszyt, poświęcony swojej drugiej namiętności. Coś w rodzaju Instagrama lat siedemdziesiątych. Kolejnego zeszytu nie założyłem. Starałem się, by koleżanka zwróciła uwagę na mnie, a nie na jakiegoś przystojniaka. Przystojniakiem, wypełniającym zawartość drugiego zeszytu, był Alain Delon.

Jak zrozumiałem później, Delon był rzeczywiście – i jest – kimś monumentalnym. Nie jako człowiek, lecz jako konstrukt zbiorowej wyobraźni. W historii świata pełno jest postaci tego rodzaju. Miałbym jednak trudność z wskazaniem takich, które odznaczyły się czymś wybitnym w biznesie, a jednocześnie zżyły się ze współczesnością taktowaną pokoleniami tak bardzo, że ich odejście stało się czymś zdumiewającym. Być może dlatego, że takie osoby nie towarzyszą nam od dzieciństwa. Być może dlatego, że wprawdzie powtarzamy, że biznes to także emocje, ale więcej jest w tym twierdzeniu ornamentyki, niż substancji. Instynktownie dążymy do tego, by zarabianie pieniędzy było czymś więcej niż zarabianiem pieniędzy, ale…bóstwo Mamony jest nagie. Może dlatego giełdę i parę jeszcze instytucji nowoczesnego kapitalizmu udało się tak dobrze zaszczepić w Polsce, bo korzystały one z romantyczności przełomu ustrojowego i społecznego. I tylko dzięki temu. Reszta to technikalia.

Ale to już koniec. Koniec z tą nostalgią. Zbliża się nowy sezon biznesowo-polityczny. Niech królują zagadnienia bieżące. Co najmniej do pełni księżyca w połowie listopada. Bo jak jest pełnia, rzeczy dzieją się zgoła niesłychane. W tym także te najciekawsze – przewidywalne.

Rzeczy przewidywalne potrafią zaskoczyć, gdy staną się rzeczywistością. I to często znacznie bardziej niż podobne rzeczy nieprzewidywalne lub mało

Fortepian na sawannie. Felietony z Afryki. Półmetek wyprawy. Jedziemy, w dwóch etapach, z parku narodowego Etosha w Namb...
08/08/2024

Fortepian na sawannie. Felietony z Afryki.

Półmetek wyprawy. Jedziemy, w dwóch etapach, z parku narodowego Etosha w Nambiii do Wodospadów Wiktorii w Zimbabwe. Wybrana przeze mnie droga prowadzi przez Caprivi Strip - wąski pas ziemi namibijskiej wciśnięty między Angolę a Botswanę. Wąski, bo to zaledwie trzydzieści kilka kilometrów szerokości i kilkaset długości. Kiedyś, nawet niedawno temu, toczono o ten region wojny. Specyficzny to zakątek Afryki, bo na jego wschodnim końcu zbiegają się granice kilku państw. Jakby było mało kilometrów do przejechania z Etoshy do Victoria Falls (ponad 1300), będziemy mieć jeszcze dwie granice, Namibia-Botswana i Botswana- Zimbabwe. Gdyby skręcić odrobinę na północ, znaleźlibyśmy się w Zambii. I tak tam będziemy, ale za kilka dni.

Prawie w poprzek Caprivi Strip płynie Okavango, ta oryginalna rzeka, mająca tu jeszcze wygląd normalnej rzeki. Nieco niżej, już w Botswanie, zamienia się w jedyną w swoim rodzaju na świecie deltę. To znaczy uchodzi nie do morza czy oceanu, ale do… sawanny. Rozczłonkowuje się na tysiące odnóg i odnóżek i kończy swój bieg, tworząc niepowtarzalny ekosystem.

Ani takie geograficzne rozważania, ani nawet rozmowa z towarzyszką podróży nie wypełniają całej tak długiej drogi. Myśli się. Czasem z intencją pomyślenia o czymś, a czasem można przyjrzeć się myślom pojawiającym się nagle, bez uprzedzenia. A ponieważ wszystko co istnieje, istnieje dzięki naszemu mózgowi, to warto zajmować go tym i owym. Długa jazda samochodem bardzo dobrze służy takiej sprawie i to jest moja jedyna odpowiedź dla tych, którzy dziwią się, jak można tym w długotrwałym zajęciu znaleźć jakąkolwiek przyjemność.

Skąd się ta Afryka w ogóle wzięła jako mit osobisty? To jest również pytanie o to, jak rodzą się indywidualne wyobrażenia, które budują nasze wewnętrzne światy i w jakimś stopniu wpływają na nasze życie.

Zaczyna się to u mnie od książek Hugha Loftinga o doktorze Dolittle. Uczyłem się na nich czytać. Pierwszy tomik, „Doktor Dolittle i jego zwierzęta” w połowie był mi jeszcze czytany przez moje siostry, w drugiej połowie poskładany przeze mnie z literek i wyrazów. Bardzo żałuję, że nie pamiętam tego uczucia, które towarzyszyło momentowi, gdy można było sobie uświadomić: ja czytam! Musiało to być uczucie wspaniałe. Ale nie pamiętam z tego nic a nic. A jak to jest u Was, Drodzy Czytelnicy?

Pamiętam za to doskonale, o czym były te książki. I atmosferę tego, jak dzisiaj mówimy, uniwersum. Kiedy Doktor Dolittle podróżował z foką Zofiją – uratowaną wcześniej przez niego z cyrku w Manchesterze i przebraną za damę z woalką - nocnym dyliżansem przez Anglię, czuło się dokładnie tę ciemną, wilgotną, nieco duszną, smolistą noc. A kiedy wiele lat później zobaczyłem na przedmieściach Oxfordu małe domki z czerwonej cegły, z niewielkimi ogródkami, wiedziałem że po raz pierwszy zobaczyłem taki domek, gdy czytałem o Puddleby, w którym mieszkał Doktor Dolittle.

Cykl książek Hugha Loftinga nie jest o Afryce, choć ten kontynent pojawia się tam wielokrotnie. To książki o zrozumieniu, szacunku, miłości, tolerancji. Chyba przede wszystkim o rozumieniu tego, że wszystkie istoty żyjące mają ze sobą coś esencjonalnie wspólnego. Cóż, najlepsze książki dla dzieci wcale nie są książkami tylko dla dzieci. Nie potrafili tego nigdy zrozumieć autorzy adaptacji filmowych dzieł Loftinga, produkując dziwaczne, wesołkowate filmy. Jakby nie potrafili zmierzyć się z wielowarstwowymi znaczeniami zawartymi w opowieściach o zabawnym z wyglądu doktorze od zwierząt.

Tak, myślę że początek mojej Afryki to były tamte książki. Kto nie ma takiej książki czy książek, które w jakimś sensie zmieniły jego życie, niech podniesie rękę. Dlatego wiem, że moje doświadczenie nie jest w żadnym razie unikatowe. A kiedy niedługo potem przeczytałem Tomka na Czarnym Lądzie Alfreda Szklarskiego oraz Piętnastoletniego Kapitana i Pięć Tygodni w Balonie Juliusza Verne’a, to już wiedziałem na pewno, że jak będę dorosły, to będę jeździł do Afryki.

Nim to się stało, wyjechałem na studia do Krakowa. Była połowa lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Krakowski rynek późnym wieczorem i w nocy był pusty, wilgotny, smogowy. Niepokojący. Jak ta angielska noc z podróży dyliżansem.

Któregoś dnia zobaczyłem ogłoszenie zachęcające do udziału w konkursie poetyckim. Nazywało się to chyba konkursem o Poetycki Laur, a prowadził go Jerzy Harasymowicz. Harasymowicz był wtedy w moim środowisku uważany za postać kontrowersyjną, bo poparł wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Czy też może tak wprost tego nie wyraził, ale popierał Jaruzelskiego. Nie pomagało mu nawet to, że był szeroko znany jako kibic Cracovii. Tak czy owak postanowiłem napisać wiersz i wysłać go na konkurs. Wiersz był melancholijny. Umieściłem w nim między innymi papugę Polinezję, tego mądrego ptaka z książek Hugha Loftinga. To był naprawdę smutny wiersz. Ogłoszenie wyników konkursu i czytanie wierszy laureatów odbyło się w słynnym studenckim klubie Pod Jaszczurami. Mój wiersz zajął drugą czy trzecią lokatę, nie pamiętam. Zwyciężył Krzysztof Koehler. Jego wiersz był dobry, ciężki, esencjonalny a zarazem zgrabny. Harasymowicz w rozmowie ze mną powiedział, że mój wiersz spodobał mu się, bo był taki lekki, nieco żartobliwy. Bardzo mnie to zdziwiło, bo moje intencje, nastrój i efekt były moim zdaniem zupełnie inne. Tak dowiedziałem się, że odbiór czytelnika może się mocno rozminąć z interpretacją samego twórcy. W każdym razie, uważam że tę nagrodę w konkursie poetyckim – jedynym, jaki mi się w życiu przydarzył – zawdzięczam i tak nie sobie, lecz papudze Polinezji. Która zresztą nie pochodziła z Afryki.

Myślę jeszcze, jadąc przez Caprivi Strip, że ta południowa Afryka jest nadal przynajmniej aluzją, jeśli nie cytatem z tamtych książek i wierszy. Że jest tak uniwersalna jak perypetie Doktora Dolittle. Że inwazja nowoczesności tu dotarła, lecz jeszcze nie zburzyła dawnego świata. Że krajobrazowo południe Afryki jest, oprócz swej wyjątkowej specyfiki, także nawiązaniem do planety jako takiej.

I że widziałem tu już wiele miejsc, w których można by postawić fortepian, przy którym Lady Gaga wygrałaby i wyśpiewała tę pieśń, Arizona Sky.

Być może nigdy już tu nie powrócę, ale już teraz dziękuję ci, Afryko. I will always remember you this way.

https://biznes.interia.pl/gospodarka/news-ludwik-sobolewski-fortepian-na-sawannie-felietony-z-afryki,nId,7750875

Młody człowieku, wyruszaj na Południe. Felietony z podróży.W Afryce jest nawet bardziej niż u Hemingwaya, w Ruchomym Świ...
06/08/2024

Młody człowieku, wyruszaj na Południe. Felietony z podróży.

W Afryce jest nawet bardziej niż u Hemingwaya, w Ruchomym Święcie. „Jeśli miałeś szczęście mieszkać w Paryżu jako młody człowiek, to idzie on potem za tobą przez całe życie, bo Paryż to święto ruchome”. W Afryce, tej rozpościerającej się na południe od równika, każdy dzień może być świętem, jeśli się tam znajdziesz.

Kultura robi swoje. Młodość nasycona takimi a nie innymi lekturami. Skrawki romansów, jak Pożegnanie z Afryką. Romantyzowanie czasów kolonialnych, z którego warto sobie zdawać sprawę, że jest właśnie romantyzowaniem. Ale czy głosy domagające się zburzenia pomnika Cecila Rhodesa stojącego przed jednym z koledżów Uniwersytetu w Oxfordzie były wystarczająco sensowne? Rhodes to bez wątpienia protagonista epoki kolonialnej i kolonializmu, także w jego krwawym wydaniu. Ale jeśli mamy go wymazywać z pamięci poprzez usuwanie pomników, bo jako człowiek nie spełniłby dzisiejszych standardów moralności i poprawności, to przecież należałoby usunąć wiele pomników innych historycznych postaci. A może też przestać uczyć o nich w szkołach? Powykreślać lub mocno zideologizować wpisy w Wikipedii?

Kultura postkolonialna jest silna. I to zarówno po stronie kolonizowanych, jak i kolonizujących. Wyobrażam sobie, że Niemcy, których spośród narodów posiadających kolonie podejrzewalibyśmy o to w najmniejszym stopniu, mają erę kolonialną wpisaną w swój kod kulturowy. Co sprawia, że nadal przyjeżdżają do Namibii, czyli dawniej niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej. W żadnym innym kraju południa Afryki nie spotyka się ich tak często. W lodżach wiszą dawne mapy, z końca XIX wieku i początku wieku dwudziestego. Właściciele lodży mówią biegle po niemiecku. Ale najbardziej zdumiewające jest, że widzę i słyszę, jak niemiecki turysta kupuje w sklepiku kartę telefoniczną i zwraca się do czarnoskórej pani obsługującej klientów w tym sklepiku po niemiecku, a ona rozmawia z nim ze swobodą dorównującą tej, z jaką za moment będzie rozmawiać ze mną po angielsku. I w obu tych językach zadziwia biegłością.

A przecież warto też przeprowadzić proste obliczenia. Historia niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej to raptem dwadzieścia parę lat. Zaczęła się pod koniec lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, zresztą trochę wbrew woli Bismarcka. Uważał on zaprowadzanie niemieckiej administracji w Afryce za zbędne awanturnictwo. A skończyła się wraz z początkiem pierwszej wojny światowej. Kiedy się jest w Namibii współczesnej, odnosi się wrażenie, że niemiecka obecność tutaj musiała trwać z kilkaset lat. Nie zgłębiałem tematu, ale podejrzewam, że państwo niemieckie sypało groszem w tym celu, aby tę więź podtrzymać. I chyba Niemcom w Namibii udało się to znacznie skuteczniej niż Francuzom w północno-zachodniej części kontynentu..

Co jeszcze jest niezwykłego w Afryce? Kolejny element powszechnego imaginarium – zwierzęta. Najpierw, jako dzieci zachwycaliśmy się nimi w ogrodach zoologicznych. Potem widzimy je tam, gdzie żyją naturalnie. I nawet jeśli niektóre rezerwaty czy mniejsze parki narodowe przypominają ogromne zoo, to zobaczenie dzikiego zwierzęcia w takim środowisku napełnia człowieka radością i spokojem.

Nie mogę znaleźć przeczytanego przez laty pewnego zdania umieszczonego przez Ryszarda Kapuścińskiego w jednej z jego książek. Teoretycznie powinno to być w Hebanie. Przewertowałem to arcydzieło przed wyprawą do Południowej Afryki ale TEGO zdania w nim nie znalazłem. A Kapuściński na pewno gdzieś napisał, że widok mas zwierząt przemierzających sawannę zrodził u niego myśl: tak musiał wyglądać świat u swego stworzenia. A co najmniej w erze opisanej w Biblii.

A czy w Afryce Południowej istnieje jeszcze wolność podróżowania? Niedawno czytałem, co się porobiło z ośmiotysięcznikami w Himalajach i w Karakorum. Turystykę wysokogórską organizują agencje nepalskie, do tego stopnia że nawet profesjonalnym wspinaczom źle się teraz wchodzi na te góry, bo są jakby przeganiani przez agencje. Zawodowi organizatorzy turystyki krzywo patrzą na to, że himalaista dotknie poręczy czy skorzysta z urządzeń w bazie, bo to wszystko jest rzeczywistą lub domniemaną własnością agencji. Czyli generalnie albo wejdziesz na wysoką górę w ciżbie prowadzonej przez przewodników firmy turystycznej, której za to zapłacisz, albo szukaj sobie jakichś innych gór. Ewentualnie nadal to mogą być Himalaje, ale poniżej ośmiotysięczników, bo marketing i turyzm rozkwitają właśnie począwszy od szczytów ośmiotysięcznych. A ludzi jest coraz więcej. Płacą też dużo. Czy w tym kontekście pięć euro wprowadzone przez władze miejskie Wenecji jako opłata nałożona na turystów, którzy nie śpią w mieście przynajmniej jednej nocy, ma jakiekolwiek szanse ograniczyć zadeptywanie tego miejsca?

W niektórych przypadkach ta monopolizacja w wykonaniu biur podróży jest obecna także w Afryce Południowej, na przykład na pewnych obszarach Pustyni Namibijskiej czy Wybrzeża Szkieletów. Ale nadal jest tak, że w Kapsztadzie można wypożyczyć porządny terenowy samochód - i to od ludzi którzy znają się na overlandingu, więc będzie to samochód dobrze przygotowany - i wyruszyć w drogę. A na Caprivi Strip, w drodze do Wodospadów Wiktorii minąć dwoje uśmiechniętych Duńczyków jadących dwuosobowym rowerem (nawet udało się chwilę porozmawiać). Wolność jest najważniejsza. I nadal można jej szukać. Dlatego Go South, Young Man.

To nadal jest świat kilku prędkości. Felietony z Afryki.Kolory. Powlekające na samej górze niebo. Nieco niżej rozmalowan...
01/08/2024

To nadal jest świat kilku prędkości. Felietony z Afryki.

Kolory. Powlekające na samej górze niebo. Nieco niżej rozmalowane na piasku. Potem rozlewające się na równinę uwięzioną pomiędzy wydmami. Przyprószające sterczące drzewa. To wszystko mogłoby z powodzeniem być wizualnym utworem algorytmu sztucznej inteligencji. Pewnie trzeba by maszynie kazać stworzyć obraz, w którym byłoby mnóstwo urody, smutku, przygnębienia. Z użyciem pustyni, nieba, i aby – co najważniejsze – obraz miał w sobie coś nierzeczywistego, był bardziej metaforą niż realistyczną fotografią.

Wyprawy do Afryki, zarówno do tej saharyjskiej, jak i subsaharyjskiej, nadal dają się lubić. Przyjechałem do Sossuvlei po z górą dwudziestu latach od poprzedniego razu. To właśnie tam znajdują się słynne wysokie wydmy, mieniące się kolorami. I niecka z martwymi drzewami liczącymi ponad tysiąc lat. Ponoć było zbyt sucho nawet na to, by uległy dekompozycji po tym jak umarły w braku wody. Sossuvlei i leżące zaraz obok Dead Vlei istnieją naprawdę, nie cyfrowo. Chociaż dziś trudno powiedzieć, co to znaczy „naprawdę”.

Miejsce urzekające, a zarazem tak turystyczne, jak mało które w Afryce. Jeszcze bardziej dziś, gdy jeździ się między innymi po to, by zrobić efektowne zdjęcie i pokazać je w mediach społecznościowych. Bez ironii - ulegam tej pokusie notorycznie. Są też sytuacje, w których chęć popisania się swoją obecnością w jakimś miejscu ma zaskakująco pozytywny wymiar. Tak jest w muzeach, które bardzo skorzystały na rewolucji kulturowej napędzanej zmianą technologiczną.

A jak jest z rewolucją wokół Sossuvlei i Dead Vlei? To co jest tam na pewno, to bramy do parku narodowego. Najpierw jedna, a po stu metrach druga. Na pewno jest również jeden sklepik i jedna restauracyjka. Na pewno jest stacja paliw ze sklepem. Zatem, pardon, sklepików są dwa. Jeszcze nieliczne budyneczki tu i ówdzie i dwie fotogeniczne konstrukcje ze zbiornikami na wodę na szczycie. Na pewno nie ma dziesiątek i setek sklepów, sprzedawców, knajp, kawiarni i tego wszystkiego, co jest na świecie normą przy tego rodzaju atrakcjach turystycznych. Co za niezwykłość tkwi nadal w tej Afryce, że tego tam nie ma? I jak piękny może być brak, w miejsce obfitości.

Masowa turystyka nie wszędzie dotarła. A co najmniej nie wszędzie w takim stopniu, by była zdolna dewastować lokalne ekosystemy. A stosunkowo niewielki ruch turystyczny czasem je nawet wspiera. Śpimy nad rzeką Kunene przy wodospadach Epupa. To sama północ Namibii, tuż przy granicy z Angolą. Mówiąc ściśle, granicą jest rzeka. To, że nie ma tu żadnych sklepów, jest bardziej zrozumiałe niż to, że jest ich tak niewiele w okolicach Sossuvlei, bo Epupa Falls to kilkanaście godzin jazdy samochodem z centralnej Namibii.

Wychodząc w południe z obozowiska, by obejrzeć po raz pierwszy wodospady, spostrzegamy domostwo na niewielkim wzgórzu i kobietę piorącą ubrania na tarce. Wiele ubrań. Nawet z odległości kilkudziesięciu metrów widać, jak ciężka to praca. Późnym popołudniem ta sama kobieta przychodzi do naszego obozowiska zapytać, czy podróżujący nie mają jakichś rzeczy do wyprania. Wzruszenie.

Model zwiedzania w grupach organizowanych przez biura podróży nie jest jedyny. Są ludzie podróżujący w pojedynkę. Parami. Rodzinnie. Są grupy przyjacielskie, koleżeńskie. Ci, którzy poznali się w mediach społecznościowych, zwołując się tam do wspólnej podróży. Te wszystkie warianty potem, w terenie, sprawiają inne wrażenie niż grupy obwożone po atrakcjach w ramach pakietu usług turystycznych. To pierwsze jest podróżowaniem, z odpowiednimi dawkami samodzielności, indywidualnej odpowiedzialności i wolności. To drugie jest turystyką czystą, czyli konsumowaniem wystandaryzowanego produktu.

Czyżby ludzie chcieli doznawać przygody, a nie tylko wygody? Zauważyłem, że w gronie moich znajomych są lubiący intensywne przemieszczanie się. A zatem spędzanie wakacji nie „stacjonarnie”, lecz według modelu „śpię każdej nocy w innym miejscu.” Zdarza się, że proszą mnie o pomoc w opracowaniu planu podróży. To nie jest zadanie najprostsze z możliwych, bo odpowiedzialność wielka. Zmarnowane wakacje to przykra rzecz. A tu trzeba pogodzić kilka zasadniczych celów. Plan podróży tego typu powinien dać poczucie przeżywania przygody, ale także być realistyczny. To wszystko musi dać się potem, jak mówimy w biznesie, „dowieźć”. Tak aby realizacja planu, a zatem podporządkowanie się szeregu koniecznościom, nie zmniejszała przyjemności.

Plan podróży w modelu „śpię każdej nocy (z wyjątkami) w innym miejscu” jakkolwiek ważny, jest zawsze tylko elementem pomocniczym. Jak powiedział Mały Książę, najważniejsze jest to, z kim wybierasz się w podróż. Hmm…Mały Książę chyba tego nie powiedział, ale właśnie TO mógłby powiedzieć, prawda?

Czaszka i duże pieniądze. Felietony z podróży na południe Afryki.Inwestować można prawie we wszystko. Tak myślałem do ni...
01/08/2024

Czaszka i duże pieniądze. Felietony z podróży na południe Afryki.

Inwestować można prawie we wszystko. Tak myślałem do niedawna. Teraz zastanawiam się, czy należy mówić „prawie”, czy też można ten wyraz z zupełnym spokojem pominąć.

Południowa Afryka. Słynna z wielu towarów i produktów. Na przykład z winnic i wina w RPA. Namibia z kolei jest producentem uranu. W tym regionie świata występuje też gaz i ropa naftowa (nie tylko w Angoli). Jest turystyka jako niezwykle ważne źródło dochodów budżetu i prywatnych przedsiębiorców w RPA, Namibii, Botswanie, Zimbabwe i tak dalej.

Południe kontynentu słynie również, od drugiej połowy XIX wieku, diamentami. Dzisiaj udział subkontynentu w światowej produkcji diamentów zmalał, ale to i tak druga pozycja w wydobyciu i handlu, zdaje się, że po Rosji. Największym afrykańskim dostawcą jest Botswana. Jednak to prowincje południowe, czyli dzisiejsza RPA, były sceną diamentowej gorączki, podobnej do kalifornijskiej gorączki złota. Wtedy powstała też kompania De Beers, przy walnym udziale Cecila Rhodesa. Tego samego, który planował kolej Kair - Kapsztad, od którego imienia nazwano Rodezję (a właściwie dwa kraje, bo w tamtej epoce istniały Rodezja Północna i Południowa) i którego pomnik stoi - nadal –na terenie Uniwersytetu Oxfordzkiego. Stoi, mimo że studenci domagali się jego zburzenia, bo przecież Rhodes był bezkompromisowym kolonialistą i jego statua, zdaniem studentów, obraża nasze wartości. Notabene śmiem twierdzić, że chyba wyznaję podobne wartości, ale nie czuję, by pomnik Rhodesa, ani czyjkolwiek inny, je obrażał.

Kompania De Beers zajmowała się w co najmniej takim samym stopniu wydobyciem diamentów, co czymś w rodzaju deweloperki. Skupywała działki ziemi i potem wydzierżawiała je poszukiwaczom kamieni. Przy okazji wyposażała górników w narzędzia. To przypomina spryciarzy, którzy jako jedyni zarobili na gorączce złota w Ameryce, sprzedając poszukiwaczom szpadle i łopaty. Ale założyciele De Beers okazali się bardziej wszechstronni. Spółka stała się światową potęgą w handlu diamentami. A przynosiło to krociowe zyski, bo znali się na czymś jeszcze. Na budowaniu narracji, budzeniu emocji i stwarzaniu symbolicznych skojarzeń. Twierdzi się bowiem, że to właśnie De Beers nadała cennemu minerałowi nowe znaczenie. Ni mniej ni więcej, wmówiła światu, że wyraża on uczucia, i że, co więcej, uczucie miłości w pełnym tego słowa znaczeniu można zamanifestować jedynie gdy obdaruje się ukochaną kobietę diamentem (a raczej brylantem, wszystko jedno). Potem doszła do tego piosenka śpiewana przez jedną z najsławniejszych influencerek XX wieku, Marilyn Monroe. Słowa „diamonds are a girl’s best friend”, w filmie “Mężczyźni wolą blondynki” (dzisiaj taki tytuł raczej nie mógłby powstać w Hollywood) utrwaliły status diamentów jako doskonałego, i drogiego, środka ekspresji uczuć. Naprawdę, kto myśli, że sprzedaż oparta przede wszystkim na emocjonalnej wartości produktu to wyłączna domena ery Internetu, jest w błędzie.

Afryka ma wiele bogactw inwestycyjnych. Kontynent słynie ze znalezisk szczątków dinozaurów. Dobrze, ale co ma piernik do wiatraka?

Szkielety dinozaurów są licytowane na aukcjach najbardziej znanych domów aukcyjnych. Ceny sięgają milionów dolarów. Na przykład na aukcji Christie’s w roku 2020 szkielet tyranozaura (T-Rex) o imieniu Stan sprzedano za ponad 30 milionów dolarów! Kiedy zaczynałem pisać ten felieton, zbliżała się aukcja Sotheby’s, na której miano wystawić szkielet stegozaura, któremu ludzie dali imię Apex. Eksperci szacowali możliwą do uzyskania cenę na zawartą w przedziale od 4 do 6 milionów USD. To była i tak niska wycena, bo stegozaury żyły z grubsza 150 milionów lat temu, dwa razy dawniej niż tyranozaury, których jest z tego powodu więcej. Cena za Apexa powinna być więc wyższa niż cena za Stana. Śpieszę dodać, że eksperci znowu się pomylili, i to drastycznie. W chwili kiedy wysyłam ten felieton do druku wiadomo już, że Apex stał się najdroższym dinozaurem w historii, osiągnąwszy cenę prawie 45 milionów dolarów.

Na rynku są nie tylko mniej lub bardziej kompletne szkielety, lecz także na przykład czaszki. Jak również pojedyncze kości. Tutaj jednak schodzimy z poziomu milionów do zaledwie setek tysięcy dolarów.

Na rynku są też obecni celebryci. Czaszkę pewnego tyranozaura licytowali jakiś czas temu Nicolas Cage i Leonardo DiCaprio. Leo nie okazał się aż takim wilkiem z Wall Street i licytację przegrał. Zwycięski Cage zapłacił za czaszkę przedpotopowego zwierza 276 tysięcy dolarów. Koniec końców to jednak Leo wyszedł na tym lepiej, bo potem okazało się, że czaszka nabyta przez Cage’a została nielegalnie wywieziona z pustyni Gobi w Mongolii. Czyli Nicolas dopuścił się paserstwa, zapewne nieumyślnego.

Leo DiCaprio był zamieszany w jeszcze inną transakcję. W 2018 Russel Crowe, zaraz po tym jak się rozwiódł, co nieco go kosztowało, sprzedał czaszkę mozazaura. W Wikipedia czytam, że to olbrzymi gad morski. Żył między innymi na terenach dzisiejszej Polski (na terenach wodnych, rzecz jasna), czyli w jakimś sensie to swojak. Crowe kupił ten rarytas wcześniej od DiCaprio. Sprzedał ponoć za dwukrotność ceny, którą zapłacił w tej pierwszej transakcji. Sto procent zysku w parę lat? To naprawdę dobry zarobek. Pod warunkiem, że ma się właściwą czaszkę we właściwym momencie.

Czasy, w których żyjemy, naznaczone są beznamiętną technologią. Jednocześnie, a może właśnie dlatego, ludzie kupują przedmioty, które im się zwyczajnie podobają. Kiedyś modelowym przykładem takiego inwestowania z pasją była sztuka. Dziś mogą to być skafandry kosmiczne lub dinozaury. Co więcej, to pociąga za sobą coś, co na rynku giełdowym nazwalibyśmy obrotem wtórnym. Płynność tego obrotu może nie jest wielka, ale istnieje wiele niepłynnych rynków akcji czy niepłynnych spółek. Na tym tle dinozaury nie mają się czego wstydzić.

Gdyby Czytelnicy zastanawiali się, skąd można czerpać takie informacje o handlu dinozaurami, odpowiadam, że między innymi z…Financial Times. Lepszego źródła wiedzy o rynkach finansowych nie ma. Natomiast zastrzegam, że niniejszy felieton jest w niezwykle ograniczonym sensie źródłem wiedzy o dinozaurach. Zainteresowani tematem mogą odwiedzić polski portal, dinoanimals.pl. Jest to fantastyczna skarbnica wiedzy o zwierzętach, w tym tych już wymarłych. Twórcami są znakomici specjaliści, między innymi paleontolodzy. To, że tacy naukowcy nadal istnieją, samo w sobie jest wzruszające. I jakie to jest ciekawe! Miesięcznie na strony portalu wchodzi 300-400 tysięcy (sic!) unikatowych użytkowników. W obliczu takich liczb można zacząć się zastanawiać, czy dinozaury na pewno wyginęły.

Adres

Przyczółkowa 334
Warsaw
02-962

Telefon

+48662057800

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Qualia AdVisory umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Qualia AdVisory:

Udostępnij