12/06/2013
ZUS ma blisko 40 mln zł "bezpańskich" pieniędzy. A setkom, może tysiącom Polaków brakuje na kontach emerytalnych pieniędzy.
Pracodawcy od 1999 r. mają obowiązek przelewać składki na indywidualne konta pracowników w ZUS. - Na początku reformy emerytalnej do ZUS nagminnie przychodziły dokumenty rozliczeniowe bez szans na identyfikację płatnika, bez numeru NIP bądź PESEL, bez REGON-u, imienia i nazwiska. Zdarzały się wpłaty, na których wpisana była wyłącznie kwota i nic poza tym! - mówi nam Zbigniew Derdziuk, prezes ZUS.
Nazbierało się tego blisko 40 mln zł, które nie wiadomo komu przypisać. - Nieprawdopodobne! Myślałem, że każda złotówka jest policzona, a tu takie zaległości - dziwi się Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Invest Banku. - Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, dramat będzie, jak przyjdą po emeryturę.
Łukasz Wacławik, specjalista od ubezpieczeń społecznych, adiunkt na Wydziale Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, wyliczył nam, że nieodzyskany 1 tys. zł oznacza o mniej więcej 8 zł mniejszą emeryturę. Jeżeli Zakład nie dopisał do konta 50 tys. zł składek, emerytura będzie niższa o 400 zł miesięcznie!
Każda osoba, która do tej pory tego jeszcze nie zrobiła, powinna sprawdzić w ZUS, czy za wszystkie lata pracy ma odprowadzone składki. Jeżeli nie, powinna wystąpić do zakładu pracy o dokumenty potwierdzające zatrudnienie. Zakład pracy może też sam na wniosek pracownika wyjaśnić sprawę z ZUS.
Wtedy ZUS odda składki, a odsetki będzie musiał pokryć pracodawca. Bo to jego wina, że pieniądze nie wpłynęły na czas.
Zdarza się często, że zakład zdążył splajtować. Co wtedy? Trzeba wybrać się do archiwum.
- W ubiegłym roku było 12 tys. zapytań o dokumenty potrzebne do emerytury - mówi Jolanta Louchin, dyrektorka Archiwum Państwowego Dokumentacji Osobowej i Płacowej w Milanówku. - Ludzie mówią, że jesteśmy ich ostatnią deską ratunku. Często nic nie możemy zrobić, bo po dokumentach nie ma śladu. Pracodawcy o to nie zadbali, choć dokumenty powinny być przechowywane przez 50 lat.